Po pijaństwie do świtu najgorsze jest przebudzenie. Szczególnie gdy pod ręką nie ma nic na ból głowy. Doba hotelowa się kończy. Telefon dzwoni. Do tego podła koleżanka stoi nad łóżkiem i śmieje się. Rzeczywiście śmiałam się. Potem jajecznica i sok pomarańczowy. Mój ulubiony hh tylko dzięki temu wstał i zupełnie goły poczłapał pod prysznic. Godzinę później moim samochodem pojechaliśmy na rekrutację. Spóźnieni, na kacu, beznadziejnie nieprofesjonalni. Jednocześnie mający wszystko w nosie. Kiedy późnym wieczorem żegnaliśmy się na wylotówce mój wspólnik złych uczynków szepnął mi do ucha: – Bardziej niż picie zmęczyło mi ciągłe stanie na palcach by choć trochę ci dorównać. – Fajnie – odpowiedziałam. Potem w samochodzie G4L Rihanny. Powrót do domu. Jedyna stała w życiu.

Tasmania

Stojąc na brzegu oceanu miałam jedno pytanie w głowie – jak to możliwe, że plaża go zatrzymuje? Ilekroć zamykałam oczy widziałam jak woda piętrzy się, a fale pochłaniają wyspę. Poza tym bardzo mało spałam, w czasie lotów przeczytałam dwie skrajne książki. Pomieszała mi się w głowie Monika Jaruzelska ze Stephenem Kingiem. Natomiast moja towarzyszka podróży Maxi próbowała przez całą wyprawę poderwać mnie. Było to obrzydliwe. I jeszcze historia z zegarkiem, który dostałam od męża przed wyjazdem. Wszyscy się nim podniecali, szczególnie jego funkcjami, możliwościami i takimi tam sprawami, do których ja nie przywiązałam zbytnio wagi. Zegarek był duży i dość niewygodny. Pewnie dlatego podarowałam go naszemu przewodnikowi, który naprawdę zesikał się z radości. Opowiedziałam tę historię w domu, a mąż wściekły wycedził przez zęby, że zegarek kosztował dwadzieścia tysięcy i przecież był prezentem. Mimo to nic nie jest w stanie przesłonić uroku, tajemnicy i ekscytacji, które wiążą się z kilkoma dniami urlopu spędzonymi po drugiej stronie lustra.