Warszawa

W poniedziałek ładniejsza. Przyjazna. Bez  korków. Hotel Westin bardzo ok. Cel przybycia osiągnięty. Jak to dobrze, że czasem wszystko idzie jak po maśle.

Alive

Hotel. Na dachu restauracja. W niej ja i on.
Oraz pani Ewa.
On sok, ja prymitywnie Metaxa.
Mam ochotę zdjąć buty i unieść nogi na sąsiednie krzesło.
- Panie prezesie czy mogę służyć lampionem? – pani Ewa.
Po chwili na stoliku ciepły blask świecy umieszczonej w purpurowym kawałku papieru.
Gadamy, gadamy.
- Panie prezesie, czy życzą sobie państwo konkretną muzykę? – pani Ewa – Mogę również przygasić światła na balkonie.
- Proszę nam nie stwarzać romantycznej atmosfery – ja. Metaxa działa.
Gadamy. gadamy.
- Panie prezesie … – pani Ewa z kolejną propozycją. I kolejną.
- Proszę nie podchodzić do naszego stolika przez najbliższe pół godziny – ja.
Pan prezes uśmiecha się ciepło do kelnerki. Ona wycofuje się.
- Przepraszam cię – mówię – Miałam długi i ciężki dzień. Potrzebuję chwili spokoju. Uprzejmość tej kobiety doprowadza mnie do szału.
- Rozumiem – odpowiada.

Kolejny wyrozumiały. Akceptujący. Zgadzający się. Ciekawe czy jak wejdę na stół i zaśpiewam chiński hymn rozbierając się przy tym też będzie się mną tak zachwycał.
Gadamy, gadamy.
Mija pół godziny i jest pani Ewa.

Wychodzimy. Schody prowadzące na dół są kręte. Proponował windę. Chciałam się przejść.
Ma pretekst żeby mnie dotknąć. Jestem kostką lodu. On ma ciepłą i przyjemną skórę.
Mimo wszystko na dobranoc dostaje tylko uścisk dłoni.