Uratuj mi życie. 

I muzyka.
Żadnej odpowiedzialności. 
Ciepły deszcz.
Byle do świtu.

W niedzielę lecę do Nowego Jorku. Bardziej przekonała mnie do tego tęsknota za córką niż ciekawość jak urządził się były mąż. Namówili mnie oboje na skok w trochę inną rzeczywistość.

Póki co w Gorzowie. Leje. Wieje. Cały dom żyje deszczem, który napiera na dach i okna. Mam komputer, telefony, radio, telewizję. Jednak za cicho, smutnawo, samotnie … 

Prezes pyta:

- Jak ty to robisz?
I ma namyśli domknięcie ważnej sprawy, która od trzech miesięcy wisiała między dwoma korporacjami. Teraz wpadła w ręce tej, która maksymalnie docisnęła ofertę przy delikatynm nacisku naszego zarządu.
- Normalnie – odpowiadam skromnie – Pracuję.
Prawda jest taka, że los mi sprzyja. 
Poza tym mam naturę, która zmierza do zarządzania przez konflikt. Im bardziej ludzie się  nienawidzą tym mocniej rywalizują i osiągają lepsze wyniki. 
Mimo zmiany stanowiska ciągle jestem na najwyższych obrotach operacyjnych. Mam wizje, pomysły i przepycham je do przodu. 
Czasem po takich mocnych sukcesach zawodowych sama nie wiem co jest dla mnie w życiu przyjemniejsze. Nie zapominam jednak ile mnie to kosztuje zdrowia psychicznego.

Wyprzedzając kilka aut nie przewidziałam, że z leśnej dróżki wyskoczy stary golf i będzie grzał po swoim pasie wprost na mnie. Musiałam błyskawicznie wcisnąć się spowrotem na prawą stronę. I prawie zepchnęłam do rowu wiśniową skodę. Serce zabiło mie milion razy szybciej. Jednak ok. Nic się nie stało. Tymczasem skoda zaczęła mi uprzejmie zjeżdżać sugerując możliwość wyprzedzenia na liniach ciągłych. Nie skorzystałam wlokąc się za skodą bardzo przepisowo. Gdy tylko wjechaliśmy do miasta na skodzie pojawił się kogut. I musiłam się zatrzymać.

Otworzyłam szybę, panowie mi się przedstawili.
- O co chodzi? – zapytałam udając zdziwienie.
Posypało się mnóstwo zarzutów. Bardziej przeszkadzał im samochód niż ja. Ilość punktów w moim przypadku sięga maksymalnego pułapu. Musiałam się ratować. 
- Mam malutkie dziecko w domu. Mąż dzwonił, że bardzo płacze od kilku godzin. Dlatego tak się spieszę. Musze je nakarmić – odważnie wypięłam pierś do przodu. 
Umoralniali mnie jeszcze chwilę. Sprawdzili dokumenty. zapytali o szwajcarską rejestrację. Pytali czym się zajmuję. Wreszcie puścili prosząc o bezpieczne zachowanie na drodze.
Chwilę potem na cb słyszałam już ostrzeżenia o nieoznakowanej skodzie. 

Pocztówki znad krawędzi. Olka idzie przodem. Wszystkich tu zna. Bramkarzy, barmanów, szefów. Głośno, parnie. Zapach czystej wódki. W rytm muzyki moje uda rozluźniają się. Napięcie z karku puszcza. Po trzecim kieliszku zaczynam się uśmiechać. Za to kocham życie. W tej chwili nic nie muszę. Miasto za ścianą. Alicja w dopasowanej marynarce, z groźną miną i tysiącem spraw na już – nie istnieje. Jestem doskonale wyluzowana. Posiadam wszystko. Tej nocy znów zostanę królową balu … 

Trzy dni mocnego pracowego stresu. Bez jedzenia. Bez snu. Z uporczywym myśleniem. Wczoraj lekko odpuściło po rozmowie z kimś dużo ode mnie mądrzejszym, ważniejszym i doświadczonym.
- Odchorowuję tę sytuację – odpowiedziałam na pytanie dotyczące smutnego brzmienia mojego głosu.
- Jak się nie przewrócisz to się nie podniesiesz – usłyszałam w odpowiedzi. Nic skomplikowanego.
Jednak w lustrze dostrzegłam prawdziwy efekt ostatnich dni.  Jak tu robić dobrą minę? I wcale nie jest usłane różami …