Siadam zawsze na tym samym miejscu. Przy stole, który jest długi, zaokrąglony, ma jasny olchowy blat. Na nim komputery, stosy papierów, filiżanki i kanapki. Zebranie. Mojego działu nie dotyczy. Mogę więc bez szczególnego skupienia po prostu być. Słucham jednak. Czasem coś tam sobie zanotuję. Wiem, że prezes ma na mnie oko. Wciąż jestem dla niego jajkiem z niespodzianką. Kilka dni wcześniej rozmawialiśmy przez telefon o wyższości umiejętności nad motywacją. Nasze poglądy się różnią – więc iskry poszły.

Uważam, że w pracy nie mam nic do stracenia. Dlatego mogę być sobą wtedy kiedy tylko zechcę. I to by było na tyle, jak mawiał Stanisławski.

Pierwsza godzina była spokojna. Krysia spała. Kiedy się obudziła wrzask był taki, że Torpeda zaszył się w najdalszej części domu. Zgodnie z instrukcją zostawioną przez Klaudynę zrobiłam mleko. Nakarmiłam dziecko. I odetchnłam gdy jej się odbiło. Na króko. Znów płacz. Lulam, uspokajam, lulam. Nic. Wstałam. Ok. Chwilę pochodziłam po domu. Spokój. Postanowiłam połozyć ją w wózku. Nic z tego. Płacz. I znów na ręce. Ok. Po godzinie zasuwania po domu z dzieckiem trzymanym przed sobą mój kręgosłup odmówił posłuszeństwa. Musiłam usiąść. Pościeliłam dziecku na swoim łóżku pieluszkę i połozyłam ją obok siebie. Coś tam do niej mówiłam w nieznanym języku ale widziałam grymas niezadowolenia. Do sypialni zajrzał Torpeda. Potrzebował wyjść. I znów dziecko na ręce. Połączyłam dwa w jednym. I zrobiliśmy sobie spacer do lasu. O dziwo Torpeda nie uciekł mi w celu poszukiwania wilków i niedźwiedzi tylko szedł przy wózku jak żołnierz. Krysia spała.

Po powrocie do domu zaczęło się. Płacz bez znanego mi powodu. Nic nie pomagało. Ani picie, ani jedzenie, ani noszenie. Może tęskniła za mamą? 
Kiedy Klaudyna wróciła ze swojego całodziennego spa ja byłam już na wykończeniu.
Hałas, brak chwili spokoju, ciągły bieg i brak chwili czasu dla siebie. 
Wiodę zbyt próżniaczy tryb życia. Zbyt wygodny. Przez co c u d o w n y. 

Zadzwoniłam do Darka we wtorek. 

- Cześć, jakoś mi tak do głowy przyszedłeś od rana. Co tam?
- Żyję. Alusia, odzwonię do ciebie za pół godziny. Mam jeszcze jednego pacjenta i będę wolny.
- Ok.
Nie oddzwonił. Pomyślałam sobie, że nie jest to do niego podobne. Jednak zapomniałam. Dwa dni później dostałam telefon od jego żony. Prosiła żebym pojechała do szpitala pożegnać się z Darkiem. Miał we wtorek zawał. Lekarze nie dają już żadnych szans.
Na sali leżał tylko on. Podłączony do aparatury, która wydawała z siebie równy, drażniący, powtarzający się dźwięk. Pomyślałam sobie, że to jakieś kretyństwo. Nie mogłam się z nim pożegnać. Jak??? Usiadłam przy łóżku. Darek leżał sobie spokojny, cichy, w bezruchu. Twarz miał może bledszą niż zwykle. 
Po wyjściu ze szpitala miałam ciężką głowę. Za ciężką.
Dzisiaj rano obudził mnie telefon. Na wyświetlaczu Darek. Przeszły mnie ciarki. Czułam już, że to jego żona dzwoni, by powiedzieć, że zmarł. Ósmy sygnał.
- Halo?
- Miałem zadzwonić.
Poryczałam się.
Los przemyca w moim życiu różne sytuacje, które mają coś na celu. Proces ciągłej weryfikacji danych. Darek odzyskał przytomność, powoli wróci do zdrowia, będzie żył. Komunikat jest prosty: happy end istnieje.

Pierwszy naprawdę wolny dzień. Bez zmuszania się do czegokolwiek. Długi ranek. Późny obiad. "Jak daleko stąd, jak blisko". Wszystko bez pośpiechu. Spokojniej.