50 rocznica ślubu moich teściów. Uroczysta do granic możliwości. Msza, przyjęcie, prezenty, pokaz filmów, wzruszające opowieści. 

Przenieśliśmy się w czasie. Zgubuliśmy złe emocje. Uleciał dystans. Mój były mąż i jego brat zorganizowali wszystko naprawdę fantastycznie – choć jeden miał centrum dowodzenia w NY a drugi w Lahti.
Dzięki tej uroczystości cała rodzina mogła się spotkać i wspaniale spędzić Święta. Początkowo tylko się temu przyglądałam próbując nie dać się wciągnąć w ten wir. Na szczęście się dałam. 

Jest późno, ale z okazji początku świątecznych ferii mam na nocnej imprezie PS3 młodociane towarzystwo, które raz po raz wybucha gromkim śmiechem za ścianą. 

Mam nadzieję, że rodzice poodbierają swoje dzieciaki do północy. 
Kończę sobie w tym rozgardiaszu projekt na zaliczenie z zarządzania. W międzyczasie Klaudyna zapycha mi skrzynkę zdjęciami maleńskiej Krysi. Olka zdaje telefonicznie relację z pracowej Wigilii. Torpeda chrapie leżąc prawie w kominku. Korcą mnie świeżo upieczone pierniki. I coś jeszcze. 

Pierwszą godzinę trwał dojazd do Berlina. Następne dwie odprawa i lot do Krakowa. Kolejną podróż z lotniska do hotelu. Powrót około sześciu naprawionym autem. Nie mogę narzekać na przedświąteczną nudę.
Od tej chwili nie zamierzam podróżować do nowego roku.
Zakupy, sprzątanie, gotowanie. Zawyczajność nad zwyczajnościami.

Iskry, huk i razem z łożyskiem odpadło koło. 

Potem była pomoc drogowa, która zabrała zniszczone auto. Ja zostałam z walizką na środku krakowskiej ulicy. Miałam ochotę płakać ze złości. Wielkość i tłok tego miasta przytłoczył mnie. Podróż na dworzec PKS. Tam koszmar. Trzy godziny musiałam czekać na autobus do Poznania. Tylko w ten sposób mogłam się dostać do domu. W międzyczasie weszłam do galerii krakowskiej, o której istnieniu nawet nie wiedziałam. Ilość ludzi w tym miejscu zaskoczyła mnie. Kolejki stały nawet do toalety. Hałas, szybkość, rozgardiasz. Moja zaściankowość mocno mi się dała we znaki w tym miejscu.
Czekało mnie jeszcze więcej atrakcji. Siedmiogodzinna podróż z dziadkiem z Rzeszowa, który jechał do senatorium w Kołobrzegu. Zreszta jak połowa autobusu. Ciasno, gorąco, śmierdząco.
W Wieluniu kierowca zarządził przerwę. Wszyscy rzucili się do WC. Niestety było czynne tylko do 20. Żart, pomyślałam. Większym jednak byli pasażerowie, którzy stworzyli koedukacyjną toaletę pod płotem sikając na trawnik.
Kiedy wysiadłam na dworcu w Poznaniu była 2:40. Autobus do Gorzowa miał już być. Jednak spóźniał się. Czekaliśmy na niego ja i wielki Ukrainiec, który łamaną polszczyzną opowiedział mi o tym, że ukradli mu auto i jeszcze coś tam. Myśłałam, że ze strachu i stresu osiwieję. Kiedy wreszcie przyjechał autobus okazało się, że nie ma w nim miejsc. Tego było dla mnie za dużo. Pobiegałm na postój taksówek, wsiadłam do białego mercedesa i powiedziałam:
- Wysiądę dopiero w Gorzowie.
Do domu weszłam o szóstej. Takiego zmęczenia, wyczerpania i wściekłości nie pamiętam. To była dla mnie bardzo mocna lekcja. Niespodziewana. 

Jadę dzisiaj do Krakowa. Trasa, której nie lubię. Pięćset kilometrów staram się przejechać w sześć godzin, bez przerwy. Wieczorem nie mam siły na miasto – tylko na sen. Już mi się nie chce.

Zapalenie stawów żebrowych. Darek pomimo swojego znakomitego doświadczenia medycznego od dwóch tygodni nie może znaleźć dla mnie odpowiedniego leku. Ratunku.

Poza tym wszystko inne układa się. 
Mikołaj zostawił pod moim łóżkiem piękne kozaki. Siedzę sobie w nich i czekam, aż Mikołaj się obuzi. 
Jak to moje dziecko zdołało utrzymać taki zakup w tajemnicy. Pomysł trafiony w punkt. 
Cudownie.