Krystyna Wiktoria. 3350 kg i 55 cm. Poród trwał 10 minut.
Klaudyna rodziła. Olka kręciła film. Mnie zamurowało.
Niebywała okazja do przewartościowania wielu spraw.

Atmosfera w pracy. Właściwie mnie nie dotyczy. Zamykam się u siebie lub dokądś jadę i tyle. Dociera czasem do mnie, że Aneta zarządza twardą ręką i nie wszyscy się z tym zgadzają. Ja to popieram. Bez dyscypliny nie ma sukcesu. Poza tym to, że nie można u nas latać co godzinę na fajkę, siedzieć na necie, pić pięciu kaw i uprawiać czynnie plotkowania skutkuje najlepszą w firmie wydajnością i doskonałymi wynikami. Nagrody za dobrą pracę łagodzą skutki wymagań. I dobrze się kręci. Czasem tylko zza szyby dostrzegam coś więcej. I milczę. Jednak milczę. Jestem na etapie – nie komplikować. Moje choleryczne usposobienie łagodnieje. 

Patologie społeczne to dla mnie bardzo trudny temat. Nie odnajduję się na zajęciach. Do tego jeszcze muszę na zaliczenie przygotować projekt o prostytucji nieletnich. Poruszam się w tym bardzo słabo. Co innego zarządzanie, marketng polityczny, ochrona własności intelektualnej.
Problemy społeczne nie są dla mnie. Widzę jednak u moich kolegów z roku olbrzymie poruszenie i zainteresowanie w tych obszarach. Obawiam się, że ja nie podołam. Wolałabym zaliczać biochemię.

Postanowiłam pojechać taksówką. Miałam ochotę na wino do kolacji. Tylko dlatego. Jedzenie jak zwykle w tym miejscu było dobre. Wino doskonale ociepliło mój wizerunek. Rozmawialiśmy, gapilismy się na siebie, ja piłam, on się uśmiechał. Po prostu było fajnie.

Odwiózł mnie do domu około trzeciej nad ranem.  Jesiennie, wietrznie, ciemno. I gorąco.

Jesień w ogrodzie. Zimno zatrzymuje Torpedę w domu.

- Kupimy ci kubraczek – mówię mu kiedy w te pędy wraca z porannego spaceru i zagrzebuje się w kocu leżącym na kanapie.
Jakiś czas temu próba ubrania go w czasie siarczystych mrozów skończyła się atakiem wścieklizny. 
- On jest facetem z krwi i kości – mówi córka i bierze go na ręce jak dzidziusia. Torpeda przeciąga się w jej ramionach.
- Co to znaczy facet z krwi kości? – pytam zaczepnie.
- Ma pierwotną wytrzymałość i brak skłonności do … – tu urywa.
- No?
- Uzupełnienie tej wypowiedzi we własnym zakresie – uśmiecha się, odkłada Torpedę na koc i znika w łazience.
I kto ją tego uczy … 

Systematycznie bywam na cmentarzu. I zawsze mam tam swoje chwile refleksji. Ze względu na daty, imiona, wspomnienia. Trochę mnie ta jesień przytłoczyła. Może brak witamin. W każdym razie jak sobie posiedzę na laweczce pod brzózką zamknięta w minionych chwilach – to łatwiej mi nabrać głęboko powietrza. I rura do przodu.

Zostałam wezwana do szkoły na rozmowę z wychowawcą. Po pierwsze za buty. Zbyt amerykańskie – patrz szpanerskie. Moja córka powinna mieć buty do gry w koszykówkę, ale nie takie. Zabytałam faceta czy jest poważny. Dziecko ma bardzo zdrowy, praktyczny i wygodny model. Czy on jest z Powsionowa czy USA to nie powinno mieć żadnego znaczenia. 

Druga sprawa dotyczyła plakatu na temat WAKACJE. Moja córka narysowała pięknego drinka. Inne dzieci postawiły na morze i góry.
- Na co pan liczył zapraszając mnie na tę rozmowę? – zapytałam spokojnie.
- Na reakcję.
- Ok. Jaką? 
Milczenie.
- Mam zabronić dziecku trenowania w dobrych butach i zakazać jej oryginalności na lekcjach plastyki?
W domu tak sobie o tym wszystkim rozmawiałyśmy. I usłyszałam, że mam się nie przejmować. Przytuliłam mojego skrzata, który ma już 150 cm wzrostu. Potem Kamil Bednarek śpiewał nam do kolacji, Torpeda próbował wdrapać się przez kominek na dach a pilne telefony nie miały szans.

Grzyby. Ilości globalne. Przetwarzam na różne sposoby. 

W międzyczasie myślę o zdarzeniach minionego tygodnia. Szczególnie o jednym, po którym kac moralny dusił mnie długo, prawie do teraz.
Cóż, usprawiedliwienie znalazłam w konsekwencji, z jaką szczerze mówię co jest nie tak i zdmuchuję.