Stadion żużlowy w Gorzowie jest fantastyczny. Atmosfera rewelacyjna. I jeszcze kochana Staleczka wygrywa. Trzeba to wszystko zobaczyć na własne oczy żeby uwierzyć.
Byłam na meczu po prawie dwudziestu latach przerwy. Myślałam, że się będę nudzić. Nic z tego. Taka impreza to jest coś.
Miasto tym żyje. Tysiące ludzi zmierzających na stadion. Totalnie zakorkowane centrum. Niebiesko-żółte szaliki na szyjach i w szybach samochodów. Kto by pomyślał, że tak to może wyglądać.

" A w Gorzowie w pięknym mieście, 
Gdzie orzełek w herbie jest. 
Zagorzali są kibice i drużyna Stal KS! 
Stal KS, Stal KS mistrzem była, mistrzem jest! 
Stal KS, Stal KS mistrzem była, mistrzem jest! 
Gorzów to jest potęga! 
Gorzów najlepszy jest! 
Gorzów trzeba szanować! 
Gorzów i Stal KS! "

Bez łez, trzeba przeżyć ten dzień.

Pracowo bardzo. I stresująco. Jak to w korporacji. Czasem myślę, że rzucę i zapomnę. Szefowa jednego z działów zadzwoniła do mnie wczoraj z pretensjami i dosłownie powiedziała:
- Ty się postawiłaś, mi się dostało. Załagodź bo mnie podpierdolili staremu.
Mam łagodzić wbrew sobie. Jakoś nie potrafię. I jakoś mi się nie chce. Zwalczam buraki pastewne jak chwasty. Oczywiście, że i ja nie jestem kryształowa. Tylko, że mnie nikt nie rozlicza bo sprzątam po sobie. 
I znów ten ból głowy. Czasem jestem na nocnej granicy ułatwienia sobie pewnych spraw czymś z buteli lub z filoki. 
Teraz siedzę sobie przy kuchennym stole, mam dobrą kawę i prawie wszystko w dupie. Telefon grzeje się ostro. Mruga i mruga. Głęboki oddech. Not yet.

Koniec roku szkolnego ;) Dzisiaj miałam ostatni egzamin i niezależnie od jego wyników ogłaszam   w a k a c j e.
Przyznam, że mnie to kręci ale jestem zmęczona. Ściganie się z czasem jest wyczerpujące. Teraz mam zamiar docenić jego nadmiar.
Odpiszę na maile. Oddzwonię.
I zakocham się.
Na lajcie.
Na chwilę.
Dla zdrowia psychicznego.

Maraton filmowy. Wyspa tajemnic. Solt. Skrzydlate świnie. 

Totalna bezkarność czasowa mimo dwóch nadchodzących egzaminów. 
Muszę odpoczywać. Zwyczajnie. Na kanapie. Od czasu do czasu.

Nigdy wcześniej nie pisałam o moim znakomitym koledze z Poznania. Bobik. Znamy się od trzech lat. Kontakt mamy przede wszystkim telefoniczny. O historii naszej znajomości nie będę przynudzać. Jest jednak coś w tym naszym telefonicznym gadaniu - co nazywam psychoterapią. Otóż posiadając mega dziwne poczucie humoru ze znaczną domieszką seksistowskich pomysłów potrafimy stworzyć takie opowiadania, przez które ze śmiechu mam znaczną ilość nadzmarszczek.  Nie potrafię tych historii odtworzyć. Poza tym czasem, kiedy próbuję je opowiedzieć Anecie, odnoszę wrażenie, że nie trafiają do niej w zamierzonym stopniu.
Miejscem przygód naszych bohaterów jest Irkuck. Zawsze. Tam się wszystko zaczyna i kończy. Dzisiaj wysłaliśmy tam naszą znajomą ze Szczecina, która spotkała na polu kukurydzy dziwne dzieci, chłopów z dolnego Konga i dwa polarne niedźwiedzie. Wszystko, co działo się potem muszę ocenzurować.

Spotkanie w ogrodzie u Olki. Jest grill. Dużo wódki. I nieznane mi osoby. Medyczni z korporacji. Bez żadnej obserwacji znajduje się ktoś – kto mi się podoba od pierwszego spojrzenia. 

Wiem, że dzisiejszego wieczoru nie starałam się zbytnio oszałamiająco wyglądać. Jednak mam na sobie całkiem fajną sukienkę, która odsłania ramiona. No i japonki, niestety. Na szczęście doskonały bordowy lakier podkreśla opaleniznę stóp. Czym pachnę? Zastanawiam się chwilę. Już wiem. Może być. Szkoda, że tak od niechcenia związałam włosy. Nie myślałam, że będą wielkie łowy.
Teraz muszę ignorować jego spojrzenia. I stanąć gdzieś choć na chwilę sama. Spróbuję mu pomóc w nawiązaniu niezwykłej znajomości. Jednak nie mogę uwolnić się od męża Olki. Gada i gada. W tym czasie obiekt znika mi z oczu. By po chwili stanąć tuż za moimi plecami. Kolega gospodarza.
- Rafał – zostaje mi przedstawiony. 
- Ala – wyciągam rękę. Wiem, że ten delikatny uścisk chłodnej dłoni zawsze działa. 

Wczoraj miałam wizytę nowych sąsiadów. Przynieśli koszyk z czymś, chyba z owocami. I po przedstawieniu się zakomunikowali, że chcieliby obejrzeć nasz dom od środka.

- W jakim celu? – zapytałam.
Zdziwili się.
- Czy wpuścilibyście obcych ludzi do swojego domu? – ponownie zpaytałam dziwiąc się ich zdziwieniu.
Zapowietrzyli się nieco. Zabrali koszyk i odeszli. 
I tak to właśnie ze mną jest, że ciągle robię sobie wrogów. 
Poza tym spędzam czas w ogrodzie. Leżąc, czytając, marząc. I tylko wiatr mi został … do głaskania po opalonej skórze.

Zaliczam. Uczę się. Zaliczam. Uczę się. Jeszcze 4 egzaminy. Byle do 26. 

 

Pralka przeciekła. Woda z detergentem zalała całe pomieszczenie gospodarcze. Serwis wycenił naprawę pralki na kwotę zbliżoną do kosmicznej. Przyjechał tata. Odkręcił pokrywę pralki. Zapchał dziurę czepkiem pływackim. Podkleił. Po przecieku nie ma śladu. Życie.

ps
Zdumiewające jak wielką moc niszczenia ma w bębnie pralki moneta 10 groszy.

Noc jak z horroru. Wichura. Uderzające w okno gałęzie drzew. Wszędzie stuki, trzaski. I pranie rozrzucone po całym ogrodzie. Wpadłam w ciemność by ratować z tarasu to, co jeszcze nie odleciało do lasu. Boso. W cienkiej piżamie. Miałam wrażenie, że przeszywa mnie irkuckie zimno.

Obudziłam się z katarem. Bólem głowy. Postanawiam nie wychodzić z domu. I leczyć się nalewką z płatków róż.