Wczoraj po przyjściu do pracy na biurku znalazłam opakowaną w zielony papier książkę. Spencer Johnson "Prezent".

Nikt się do tego prezentu nie chce przyznać. Podobno zostawił go kurier. 
Jakieś to dziwaczne. Niech już jednak będzie. Przeczytam.

O psie, który jeździł koleją.

Zryczałyśmy się wczoraj obie do poduszki. 
Jaka będzie następna lektura?

- Chciałabym mieć braciszka. 

Moja córka zleca zadania, którym nie potrafię sprostać. Próbuję tłumaczyć jakie to skomplikowane. I mówię o odpowiedzialności. Przeorganizowaniu życia. Bezsennych nocach. 
- Mamo, spójrz na mnie i pomnóż przed dwa – słyszę w spokojnej odpowiedzi na tysiące przedstawionych argumentów.

Trzy wolne od pracy dni spędzone w szkole. Trochę wykładów, trochę ćwiczeń. I mniej przyjemna sprawa, czyli walka z objawami jaskry. Ponieważ skończyły mi się krople pomyślałam, że nic się nie stanie jak pójdę po receptę w poniedziałek. Jednak ciśnienie wewnątrzgałkowe sprawiło, że miałam uczucie pękającej czaszki. Zdałam sobie sprawę, że to jednak  jest poważne. Znów przy nadmiarze szczęścia obniżam loty, by zachować równowagę.

Znowu mi się udaje. Najlepszy projekt szkoleń. Najsprawniej działający dział. Najbardziej kompetentny zespół.  Zamykam drzwi z napisem PRACA.
I otwieram te ważniejsze. Najważniejsze.