- Zimno ci – słyszę kiedy nachyla się nade mną i próbuje objąć.
- Nie – odsuwam się.
Przecież nie miejsce, nie czas i przede wszystkim nie on. Kręci się obok, sili i nie potrafi niczego osiągnąć. Kiedyś zdobędę się na odwagę i powiem mu żeby spadał. Póki co z litości jestem jak topniejący sopel lodu, który czeka na koleny spadek temperatury by móc bardziej się schłodzić i stać się zupełnie nie do … właśnie.
Ratuje go wygląd – bardzo dobrze się na niego patrzy. I to by było na tyle.
Kiedy wracam myślami kilka lat wstecz i znów siedzę na kolanach mojego męża tuląc się jak mała dziewczynka – myślę sobie, że to właśnie przykład przemijania. I nie chodzi o kurze łapki czy ból kręgosłupa.
Dzisiaj nie pada deszcz. Chłodno. Na 9:20 mam umówione spotkanie. Po godzinie będę wolna. Wrócę, wstawię pranie, upiekę kurczaka. W międzyczasie TVN24. O 14 dziecko wróci ze szkoły. Po obiedzie basen. Kolację zjemy w barze sałatkowym. Wieczorem poleżymy sobie na kanapach oglądając seriale. I zaśniemy – każda w swoim pokoju. Co w tym wszystkim jest miarą szczęścia?

Kto jeździ firmowym autem ten wie, że da się podjechać na każdy krawężnik, osiągnąć każdą prędkość i w celu zaparkowania wcisnąć w każdą przestrzeń. Ja akurat na stanie mam duże, długie i naprawdę fajne auto, które absolutnie nie nadaje się do swobodnej jazdy po mieście. Dlatego dorosłam do decyzji o zakupie własnego, małego i użytecznego. Wczoraj oglądałyśmy Corsy, Fiesty i C3. Salony oferują promocje, auta mają doskonałe wyposażenie, o kolorze też można swobodnie marzyć ;P jednak nie potrafimy się zdecydować. Oczekiwania sprecyzowane. Za duży wybór. I tak ograniczyłyśmy się tylko do trzech marek. Mam jeszcze na oku Mazdę 2. I pewnie skończy się na tym, że wygra najlepszy sprzedawca.

Brakuje czasu. Na wiele ważnych i mniej ważnych spraw. Instensywność każdego dnia daje fajne zmęczenie. Wieczorem głowa na poduszkę i żadnych zbędnych myśli.

Jesień. Tak szybko, że aż za szybko. Klaudyna uratowała się Meksykiem. Ola ma potwornego wirucha. Nawet Marek wspomina o grypce.
Natomiast ja siedzę w kuchni pełnej brudnych garów, które nie mieszczą się w zmywarce. Ziewam. Lenię się. I próbuję przekonać Torpedę, że w taką deszczową zimnicę nie ma szans by czmychnął do lasu. Nie wiem skąd mu się wzięło to uciekanie. Boję się, że któregoś dnia może nie wrócić. Oczywiście w spotkanie z niedźwiedziem nie wierzę. Jednak wredny chłopak sąsiadów mógłby …
Poza tym nic więcej.

Zamknęliśmy kwartał na 106 % choć na początku sierpnia brak właściwie był do nienadrobienia. Mieć wizję celu i stanowczo ją realizować – jestem nawiedzona. W każdym razie ci, którzy zżymali się na mój widok dzisiaj liczą profity od ciężko wypracowanej realizacji planu. Coś za coś – proste rozumowanie.
Muszę jednak przyznać, że to napieranie na sukces jest u mnie podyktowane ambicją. Kiedyś było żądzą pieniądza. Okazuje się, że obie motywacje są wystarczająco dobre.
Dzisiaj po apelu cały dzień poświęcę Bukowskiemu. Jest w nim coś – co świetnie do mnie pasuje.