Sobotni wieczór. Spokojny. Za spokojny. Dlaczego oczekujemy od życia krętych dróg?? Piszę w liczbie mnogiej ponieważ podejrzewam innych o podobne myślenie. Nie chcę takich wieczorów. Przed kompem lub telewizorem. Zrób coś z tym, Alicjo. I co ja mam z tym zrobić. Zakochać się. Na poważnie. Na długo. Właściwie na stałe. Ok, spróbuję. Tylko z emocjami i próbami nie do końca można trafić. Ech.

W tv Goście. Słucham, gram w pełną pułapek grę, piję jak zwykle czerwone wino. I czegoś mi się chce. Oczywiście, że tego nie nazwę. Dzisiaj znowu przekonałam się, że nadal łatwo mnie nabrać.
Taka niby jestem cwaniara – a tu masz babo placek. Z zakalcem. Obracanie banałami jest takie proste.
Daniel jest dla mnie taki dobry. Czy potrzebowaliśmy 20 lat, by znów stanąć obok siebie? Czy te 20 lat jest ostrzeżeniem? Jakiś czas temu próbowaliśmy przecież.
Wiatr wwiewa firany do salonu. Wieczorny chłód. Torpeda rozszarpuje chińskiego pudla kupionego w nadmorskim namiocie wszystko po 5 pln.
Od października koniec nudy. Socjologia reklamy – nic mnie nie powstrzyma.
Idź spać, Alicjo.

Wkurza mnie brak organizacji. I jak widzę ubytki w porządku, a co za nim idzie chaos w pracy dostaję szału. Nie jestem osobą, która cichutko się denerwuje. Jak już puszczę te konie – niech tratują. Z powodu pewnych niedoskonałości w przepływie informacji między paniami zajmującymi się umawianiem i dziękowaniem kandydatom za spotkanie – wprowadziłam zasadę PLANU DNIA. I to jest punkt pierwszy godziny ósmej rano. Nie kawka, ploty i pierdy. Ponieważ w ostatnim czasie udało mi się wynegocjować stacjonarny tryb pracy jestem na miejscu prawie codziennie. Wiem, że męczą się z tym niektóre osoby. Życie. Tak mi się wydaje, że dorosłam do rozwinięcia własnego interesu w tej branży. Mam bardzo właścicielskie podejście. I kocham zarabiać pieniądze za ciężką pracę. Do tego jest mi potrzebny świadomy zespół. Tymczasem odnoszę wrażenie, że w obecnym jest kilka ciotek klotek, którym nie do końca się chce. Zatrudnione zgodnie z profilem. Niestety nie do końca zgodne z potrzebą panującej tu rzeczywistości.

Pada deszcz. Piękna ulewa. Fantastyczna sprawa.

Jesteśmy z Torpedą sami w domu. W ciągu dnia ja w pracy, on u dziadka. Wieczorem wracamy. Ponieważ na działce obok trwa budowa domu mamy dość gwarnie i ruchliwie. Do późnej nocy trwa tam walka hydraulików, elektryków, tynkarzy itp. Słyszymy ich fachowe rozmowy w ogrodzie. Torpeda przedostał się za ogrodzenie na zwiad. Jednak znów usłyszał, że jest psem na baterie, nie dał się pogłaskać i wrócił.

Kiedy za oknami zapanuje noc i cisza łączę się z NY, by dopytać jak minął kolejny wakacyjny dzień mojej dziewczynce. Jest tam bardzo szczęśliwa. Czasem myślę sobie, że podejmie decyzję o wyjeździe na stałe. Potem jednak pocieszam się, że przecież jesteśmy tak bardzo ze sobą związane. Nie, nie zostawi mnie.
Nigdy o tym nie rozmawiałyśmy.

Jeżdżę do pracy na rowerze. Mimo upałów. 25 minut zjeżdżam do centrum. Wracam ok.40. Mam jednak ogromną satysfakcję kiedy czuję pracę każdego mięśnia podczas tych rowerowych podróży. Znów mnie trochę wzięło na rozmyślania o upływającym czasie. Nad morzem przesadziłam ze słońcem. Opalenizna jest niesamowita – jednak niepokojąca. Pomimo ochrony twarzy 50+  jakoś tak te zmarszczki wokół oczu wydają mi sie głębsze ;)
Wczoraj rozmawiałam z Adamem, który jest w moim wieku o planach, oczekiwaniach i miejscu, w którym się znaleźliśmy po 35 latach. On ma tylko jeden cel:
- Spłodzić dziecko z jakąś dwudziestką.
I tu się nasze plany tak delikatnie się mijają. Jestem na etapie: następne dzieci w rodzinie – wnuki.

Chryste,czad! Wyskoczyc z pracowych mundurków,korporacyjne szpilki zamienic na trampki i szalec 4 dni! Jechałam głównie na Pearl Jam, władowałam sie taranem blisko sceny, miałam  Eddiego 5 metrów przed sobą i hasłem do końca festiwalu było: kocham go! Wycieczka sentymentalna, pogo, zakwasy rano…

Kolejne dni: Massive Attack, Goryle,Skunk Anansie,Novika,Cypres Hill – megaimprezka z superatmosferą,luz, bez chamówy, z Heinekenem i krótko po –  nieskończonymi kolejkami do toi toi-ów, wędrówkami ludów przez zakorkowaną Gdynię, mało spania, wszechobecna muza! Milion x warto było ruszyć gorzowski tyłek i przeżyć!:-).