Pierwsza w tym roku poranna kawa na tarasie. Chłodno. Słonecznie. Torpeda wariuje na trawniku. Jest cicho, choć ptaki dają znać, że też już wstały.
Jest coś fajnego w tym naszym domu na skraju lasu. Szczególnie wiosną i latem. Mamy tu jednak swój azyl.
Wzdycham sobie ponieważ dzisiaj jest mi szczególnie fajnie.

Nie lubię robić zakupów w mega marketach. Unikam. Ciągnie mnie do kameralnych delikatesów. Wystarczy mi Bomi. Wczoraj jednak z trasy zajechałam do Tesco. Wczesny ranek. Olbrzymi parking pusty. Cicho. W sklepie nieliczni klienci, raczej emeryci. Potrzebowałam tylko jednej rzeczy więc w miarę szybko odnalazłam dział, produkt i do kasy. Tam też pusto. Tylko dwie kasjerki. Jednak siedziała w gotowości, druga wkładała papierosy do metalowej skrzyni podwieszonej nad taśmą.
- Co tu tak pusto? – zapytałam.
W odpowiedzi usłyszałam, że klientów mało. I nuda. Na kasie spokojnie nie można posiedzieć. Ganiają po działach.
- A zmino przecież. Ja noszę getry. Myśli pani, że ktoś bierze pod uwagę jak mi jest w nich niewygodnie?
No pewnie nie, pomyślałam. Zapłaciłam. Tuż przed wyjściem z marketu otoczyły mnie zapachy z piekarni. I skusiły. Stanęłam w kolejce za staruszką, która tuż po moim podejściu poprosiła o 10 dag sernika.
- Przecież to będzie cienki pasek – oburzyła się ekspedientka.
Kobiecie przed ladą zadrżała broda. Wolniutko odwróciła się w stronę wyjścia.

Nie wiem czy tylko ja natykam się na coś takiego. Może ja to wyolbrzymiam? Jednak szlag mnie trafia.

W drogerii duży ruch. Klientki chodzą, oglądają, wychodzą. Niektóre kupują. Dwie panie z obsługi stoją między regałami wypatrują potencjalnego złodzieja. W międzyczasie prowadzą burzliwą dyskusję o kuzynie jednej z nich, który zadaje się z inną niż jego własna dziewczyną. Przy tym pije. Nie odbiera telefonów. I ma wszystko gdzieś.
Podchodzę do kasy i tym samym odrywam jedną z pań od ciekawego zajęcia. Kasuje moje zakupy szybko. I nim podaje kwotę krzyczy do koleżanki:
- Ciekawe ile nam jeszcze brakuje do planu.
Fantastycznie. Mam ochotę powiedzieć, że gdyby przestały gadać a zajęły się klientami to pewnie plan  już by był. No, ale co mnie to obchodzi. Utwierdzam się jednak w przekonaniu, że bardzo wiele zależy od jakości a nie ilości pracy.

Przypadkiem spotkałam w centrum miasta siostrę Lidię, która przygotowuje w tym roku dzieci do komunii. Przywitałyśmy się, porozmawiałyśmy. Zapytałam, czy wraca na plebanię ponieważ jadę w tym kierunku. Ucieszyła się, że ją podwiozę. W drodze pożyczyłam jej długopis, którym musiała pilnie coś zapisać. Kiedy mi go oddawała poprosiłam, żeby go sobie zostawiła.
- Długopisy zawsze się przydają. Ten jest firmowy, mam ich dużo – zaproponowałam.
- Jestem zażenowana – odpowiedziała siostra.
- Czym? Długopisem? – zapytałam zdziwiona.
- Nie. Życzliwością.

Normalność poranka. Od szóstej. Ciepłe krople deszczu w kabinie prysznicowej. I delikatny kwiatowy zapach szamponu. Potem dźwięk suszarki i ekspresu. Wyprasowana spódnica. Torba pełna zadań dnia. Zadzwonisz?

Bardzo dużo rozmawiam z moim nowym szefem. Choć jest miły, średnio wymagający i właściwie nie mam się do czego przyczepić – brakuje mi poprzedniego. Mieliśmy podobne poczucie humoru. I może nawet zainteresowania. Jakoś tak mi przyszedł na myśl gdy od rana zaczęłam odpisywać na "ważne" firmowe maile. Ludzi, którzy pojawiają się w moim zawodowym zyciu jest tak wielu, a jednak dobrze pamiętam tylko niektórych. Ciekawe kto mnie pamięta? ;)

Kaśka cały dzień gra w literaki. Potem robotę zabiera do domu. W domu jednak też gra w literaki. I zaległości się zbierają. Ostatni dzień miesiąca zabija ją. Mimo to jest świetnym pracownikiem. Uśmiechnięta, pogodna. Ona chyba nigdy nie ma gorszych dni. I ngdy też niczego złego nie mówi o innych.
Wprowadzam sobie od dzisiaj specjalny post na pewną czynność. Do niedzieli. Będzie trudno? Pewnie tak.