Doglądam remontu. Mam nadzieję na koniec przed zimą. Ekipa niby się uwija. Jednak to nie mój styl pracy. Tak mnie wkurzają pewne zachowania, że czuję jak w  żołądku tworzą mi się wrzody. Mniejsza z tym. Stres jest przecież moim nieodłącznym towarzyszem.

Tylko dzikie plaże. Świeże ryby z przydomowej wędzarni. I wszechobecny remont domku, który kupiliśmy w maleńkiej nadmorskiej wiosce. Idealne miejsce.

Jeżdżę wolniej. Zawsze tak mam po drogowej wpadce. W każdym razie ja tak mam, a panowie jeżdżący za mną nie. I kiedy ja sunę sobie osiemdziesiąt w mieście – pan wymusza na mnie większą prędkość siedząc na moim zderzaku. Wtedy ja włączam światła przeciwmgielne, które zaświecają się na czerwono tuż nad światłami stopu i słyszę za sobą ostry pisk hamowania. Moja prędkość się nie zmienia, pana znacznie spada. Pewnie bardzo się wkurza, że tak dał się nabrać. Jednak z drugiej strony – sam sobie winien.
Poza samochodami rosół z kury. Duńscy przyjaciele odwiedzili nas w niedzielę. Awizowali się kilka dni wcześniej prosząc o rosół i ciemny sos do pieczonych ziemniaków. Lubię dla nich gotować, ponieważ nie patrzą na kalorie, zawartość tłuszczu i spieczoną skórkę na mięsie. Mąż tradycyjnie nie dotyka się takiego jedzenia. I to nawet nie wynika z tego, że on sobie odmawia. Po prostu tego nie lubi. Może czasem troche mu zazdroszczę, że w tak naturalny sposób wybiera dla siebie to co najlepsze. Ciekawe czy on zazdrości czegoś mi.