Agata w swojej czerwonej sukience, czyli megance z 2007. Szyba opuszczona, za szybą Feel i papierosek.
- Co tam słychać, Alusia? – pyta wypuszczając smugę dymu. Odwracam się za siebie. Przecież nie jest mozliwe, by mówiła do mnie. Widziałyśmy się tylko raz. Więc skąd ta Alusia?
- Możesz się chociaż przywitać? – Mario prawie błaga mnie do ucha.
- Nie chce mi się - odpowiadam i mijajm jego kochankę prawie obojętnie. Prawie – przeciez jej nie lubię. Szczerze. Pewnie dlatego, że znam żonę Maria. I jestem babą, która swoje w małżeństwie przerobiła. Nie wtrącam się. Jego sprawa. Jednak nie pochwalam, nie akceptuję, nie toleruję. Idiota, myślał, że nas ze sobą pozna, zaprzyjaźni, zwiąże mnie tajemnicą.
- Jesteś okropna – mówi stając obok mojego auta – Agacie jest przykro. Może zwyczajnie dasz jej szansę i zamienisz choć kilka słów.
- Ty jesteś chory – otwieram drzwi, które ocierają się o jego bardzo fajne spodnie.
- Cholera, Alka. Jesteśmy przyjaciółmi!
- I ja właśnie w imię tej przyjaźni pieprzę znajomość z twoją kochanką.
- Jesteś najbardziej konfliktową osobą jaką znam. 
- Wstrząsające – bąkam pod nosem.
- Szkoda gadać – macha ręką -  Na razie.
- No – odpowiadam na pożegnanie.
Głupio wyszło.

Systematycznie, co pół roku zaświeca się w mojej zapracowanej głowie żarówka z czerwonym napisem PROFILAKTYKA. Nie wiem czy byłabym taka świadoma i konsekwentna gdyby nie historia z guzkiem. W każdym razie co było minęlo – teraz trzeba być czujnym. Niestety w moim mieście świadomość to za mało. Jedyny i naprawdę dobry onkolog zmarł. Miałam do niego zaufanie. Oprócz badania i konsultacji mogłam liczyć, że odpowie na każde moje pytanie. Zabraniał  dokształcania się w temacie onkologii przez internet. Nie pozwalał samodzielnie interpretować opisów z usg. Twierdził, że tak poważne sprawy należy zostawić lekarzowi. Oprócz tego, że znał się na tym co robił … był urokliwy. Podczas zabiegu widząc, że mój stres nie odpuszcza mimo opowiadanych kawałów zażartował sobie podczas zamykania naczyń krwionośnych "a teraz przypiekamy panią żywym ogniem". Miał radiowy głos. Okrągłą głowę z niewielką ilością lekko falujących włosów. I zawsze był w białym fartuchu. Mimo tego, że przyjmował w prywatnym gabinecie.
Wczoraj usunęłam numer jego komórki z telefonu i notesu. W internecie zauważyłam, że przy jego nazwisku dopisano w nawiasie (nie żyje). Szkoda bardzo. I jego. I ludzi, którzy zostali w naszym mieście bez specjalisty w dziedzinie, w której takiego fachowca zabraknąć nie może. 

Janusz Radek. Z okazji dnia mamy. Na dzien dobry i dobranoc. Romantyczna się robię na stare lata. Poza tym obóz językowy przegrał z obozem sprawnościowym. Dopiero furtka przedszkola została zamknięta a tu już siedmiomilowe kroki ku nowemu.  Nie zatrzymuję. Choć jakoś sobie wyobrazić nie mogę drobnej siedmiolatki skaczącej na bungee. Za to sto innych scenariuszy wyobraźnia nie oszczędza.
Będzie dobrze. Mam w domu dwoje mega optymistów. I to jest fantastyczna terapia. Chciałabym trochę porozważać, spienić myśli, pocudować emocjonalnie . . . . na szczęście się nie uda.   

Siedzę sobie w firmowym biurze. Dookoła wiele spraw wagi państwowej. Papierzyska latają, plany zwyżkują, nie ma imion i nazwisk – są cyferki. Biorę to wszystko z kalafiora. Przyglądam się swojej prawej stopie i stwierdzam, że w przeciwieństwie do lewej mogłaby być ozdobiona czerwonym lakierem. Potem segreguję w myslach pranie. Jest kilka koszul do ręcznego. Trzeba z tego powodu wrócić szybciej do domu. I nagle pytanie o liczby z mojego regionu. Odpowiadam gładko – przecież to mój chleb powszedni. Potem obiad. Nic nie poradze, że nie umiem żyć bez mięsa. Tam gdzie wszyscy zamawiają lekkie sałatki – choć są potwornie głodni - nie ma dla mnie miejsca. Po obiedzie chce mi się spać. Jednak odsiaduję drugą część spotkania. Potem Mario zabiera mnie na kawę. I poznaje ze swoim mega pskudnym ale bardzo mądrym przyjacielem z konkurencji. Trzy chwilki wytrzymuję i uciekam. Do domu. Uwielbiam powroty. Torebka do szafy, buty obok. W lodówce schab. I przede wszystkim tupot na schodach, po których zbiega rodzina i wita swoją zapracowaną opiekunkę ogniska.

Jechałam z Poznania za samochodem Maria. Wlókł się swoim mega wypasionym jeepem więc go wyprzedziłam. Po chwili telefon.
I gadka umoralniająca na temat bezpieczeństwa i nadmiernej prędkości. Wysłuchałam a potem zniknęłam za zakrętem. Tuż przed Gorzowem zboczyłam do lasu. Chaszcze, cień, zapach pokrzyw. Banał, jednak przyjemny. Pochodziłam sobie śladami Czerwonego Kapturka. I nie miałam zasięgu. Telefon milczał :)
Potem powrót do prozy. Szybkie przyrządzanie kolacji.  Bajki na dobranoc. Prasowanie.  Godzinka w internecie. Kwadrans rozmowy o wyjeżdzie męża na mecz w niedzielę. Głowa na poduszce. I powiew nocy ogarniający sypilnię przez uchylone okno. Świat bywa przepiękny.