Trzy szwy. Na czole. Atrakcyjna pamiątka po stłuczce zakończonej wybuchem poduszki. Trzy tygodnie zwolnienia. Auto w serwisie. Uziemienie.

Listopad, styczeń i luty – miesiące idealne na wakacje. Mam kilka gorszych dni. Takich, co to od myśli się nie można odkleić. I ten deszcz. Wszechobecny. Wpada między koła, zlewa szyby i zniekształca obraz w lusterkach.
Nie pomaga (nawet w nadmiarze) czerwone wino. Nie rozmawiam. Zdecydowanie nie. Mąż zarzuca, że w domu ograniczam się do wydawania poleceń. Ja w tym naszym domu tak rzadko bywam. Ciagle mam coś do nadrobienia. Prawie jak Anthea Turner. Normalne to jest. Przecież. I tylko wolnego czasu tak mało. Nawet na zakupy. Wirtulandia ma ze mną dobrze. I ja z nią. Jeśli nawet krem pod oczy z idealną ilością retinolu dostarcza w kilka godzin po złożeniu zamówienia.
Jest nas więcej. Tylko po co.

Nie lubię gdy ktoś przepuszcza czas przez palce. Siedzi i marzy zamiast pracować. Nie robi tego co powinien. Jeśli dodatkowo od pracy tego kogoś zalezy moja  to już w ogóle jest dramat. I tak się wczoraj stało, że firmowa  Briget Jones jakimś cudem odpowiedzialna za analizy wysłała mi nie te pliki, które trzeba minutę przed zebraniem. Potem nie mogłam się do niej dodzwonić ponieważ wyszła na obiad i nie odbierała telefonu. Na szczęście nie jest jedynym analitykiem w firmie. Sprawę uratował mi ktoś inny. W każdym razie kiedy stanęłyśmy twarzą w twarz usłyszała ode mnie kilka ostrych słów. I się rozpłakała. Publicznie. Byłam w szoku.
Nie rozumiem ludzi.

W trasie minęłam handlowego zatrzymanego przez miami vice. Zauważył mnie i od razu zatelefonował z prośbą o emocjonalne wsparcie. Cofnęłam się. Policjanci pouczali go w standarcie. On się cwaniakował. W każdym razie po wszystkim podjechaliśmy razem na obiad. To był nasz pierwszy tak długi raz sam na sam. Ja jadłam mięso, dużo mięsa. Handlowy obrzydliwe anchua. Jednak nie w tym rzecz. Przede wszystkim rozmawialiśmy. Trochę o pracy. Trochę o samochodach. Może nawet o życiu. I to było przyjemne bardzo. Nie żebym zaczęła go od razu lubić, bo zaszedł mi ze sto razy ostro za skórę … ale pokazał swoją znacznie lepszą twarz.
I to jest bardzo na plus.

Przed lustrem, czyli w idealnym towarzystwie. Próba pressingu.Akceptacja. Jak jest fajnie.