Moi koledzy z pracy przekraczają wszelkie możliwe granice. Ostatnia rozmowa o żonie prezesa.
- Najchętniej podłączyłbym jej łechtaczkę do respiratora – fantazjuje handlowy.
- Iskrzyłaby cały tydzień – wtóruje mu operacyjny.
Buraki. Pastewne.
I wyrzucają mi, że nie mam poczucia humoru.

I ja i on mamy urodziny w listopadzie. Ja jestem trochę starsza. Jednak to wcale nie przeszkadza.
W każdym razie gdyby dzisiaj ktoś podsunął mi pomysł założenia bloga to bym go wyśmiała.
Dzisiaj …
No właśnie, dzisiaj różni się bardzo od 26 listopada w 2003 roku. I bardzo dobrze.

Angina jest bardzo nieprzyjemna. Przez bolace gardło oprócz wody nie przechodzą żadne płyny. Moja dodatkowo jest przenoszona więc już ropna. Fajnie nie jest.
W domu cisza. Rodzina wyruszyła kilka minut temu. Za oknem szron. I o dziwo nie słychać odgłosów budowy. Mam koc, bardzo starą płytę i kilka firmowych listów. Wiadomo, że bez pracy chorować się nie da. Przed chwilą napisałam na gg Sebastianowi, że kiedy jestem taka słaba to kicham na obowiązki. Trochę skłamałam. Jednak ciesze sie, że dzięki anginie moge pogadać sobie z moimi ulubionymi netowymi postaciami. W normalnych okolicznościach bardzo trudno nawet o kilka minut.

Wydaje mi się, że najgorszy z nas wszystkich jest dyrektor handlowy. Ma trzydzieści lat. Ukończył Uniwersytet Humboldta. Jego pewność siebie otwiera wszystkie zamknięte furtki. Jednak nie tylko on jest taki.
Po firmowych zebraniach, kiedy zostajemy w hotelu na „jednego” drinka wychodzą spod super marynarek i jedwabnych halek obrzydlistwa.
Najpierw jest miło. Potem gada się tylko o pracy. Pije. I Gada. I kłóci. Przeolbrzymie ilości wódki zagęszczają atmosferę.
Gdyby tak na nas popatrzeć z boku to obraz jest jednoznaczny.
Po ostatniej libacji do tej pory czuję niesmak. Myslę, że w tym hotelu jesteśmy już spaleni. Pani obsługująca bar żegnając nas wczesnym rankiem z ironią na ustach wycedziła:
- Tak się bawi państwo dyrektorostwo.
Mario próbował mi wytłumaczyć, że to normalne. Są pieniądze – jest zabawa. Ja nie neguję, że to jest normalne. Jednak mam kaca moralnego. I fizycznego też. Takiego wymiotowania nie zapomnę do końca zycia.
Oni nie rozumieją o co mi chodzi. Ja nie potrafię im tego logicznie wytłumaczyć.
- Ty Alka myslisz, że zbudujesz szklane domy – śmieje się handlowy.
- A ty myślisz, że jesteś „bogiem”. Kto z nas bardziej się myli? – odwracam się od niego.

Praca i praca. Mimo to fajnie. Kiedyś pójdę na emeryturę z przekonaniem, że się w życiu napracowałam.
Póki co trochę mało czasu na sprawy rodzinne.
Mąż wymyslił weekendowe zwiedzanie stolic Europy. Rodzinna integracja połączona ze zdobywaniem wiedzy o świecie ;)
- Nie chce mi się – powiedziałam szczerze. W piatek myslę już tylko o gotowaniu, praniu i wylegiwaniu się na kanapie. Pęd w świat, nocleg w hotelu i włóczenie się po muzeach jakoś nie mieści się w moich obecnych pragnieniach.
Ustalilismy wobec tego, że raz w miesiącu bedziemy próbowali się zorganizowac. Na dobry poczatek Berlin. Zaledwie sto kilometrów od naszego domu. Wycieczka całkiem do przyjęcia.