Nie odpuszczam sobie Jowity. Postanowiłam, że jej pomogę – postanowienie realizuję. Chociaż ciężko jest bardzo. Słuchanie narzekania. Właściwie skomlenia. Przytłacza. Jej podstawowym argumentem jest wymyślona teoria, że wszyscy mają dobrze a ona źle. Nerwowa jestem w takich sytuacjach. Mówię jej więc:
- Jutro o czwartej rano wyjeżdżamy.
- Dokąd? – pyta.
- Do roboty. Zobaczysz jak wygląda mój super dzień. Dzień, którego mi tak zazdrościsz.
- No dobra – stęka bez entuzjazmu.
Podjeżdżam po nią kilka minut przed czwartą. Czekam do wpół do piątej. Zaspała. Nie chce jej się. I takie tam miękkie kluchy.
Nie słucham. Mówię, żeby wsiadała. Ruszamy. Mgła jak jasna cholera. Nic nie widać. Jedziemy wolno. Mam napięte wszystkie mięsnie. Jazda w zerowej widoczności stresuje.
- Zatrzymajmy się na kawę – Prosi Jowita po dwóch godzinach jazdy.
- Nie ma mowy. Zaspałaś, jesteśmy spóźnione.
- Nie lubię tak długo nie zmieniac pozycji.
- Ja też. Jednak w moim cudownym życiu czas wyliczony jest do ostatniej sekundy – ironizuję.
Od ósmej zaczynają się telefony. Gadam, gadam, gadam. Ona się nudzi i narzeka.
Wreszcie dojedżamy. Jowita leci do cukierni po drożdżówki. Ja potwierdzam wynajęcie sali, zgłaszam fakturę do korekty, zamawiam obiad dla uczestników szkolenia. Do siedemnastej cały czas jestem w ruchu. Nie mam czasu nawet na jedzenie. Jowitę trzymam przy sobie. Niech chłonie to, czego niby tak zazdrości. Ona jednak w każdej sekundzie mojego wolnego czasu opowiada o swoim nieszczęściu. Mam ochotę zatkać uszy.
Wracamy do domu bardzo szybko. Przesadnie szybko. I tak jest już noc.
Jowita spi sobie mamrotając coś pod nosem. Dochodzę do wniosku, że jest zbyt leniwa, żeby żyć. Stękanie, płakanie, użalanie się. Ok, mogę nawet przyjąc, że czasem się bez tego nie da. Jednak nie w takiej niekończącej się formie.
Żegnamy się na parkingu przed jej blokiem. Jest zła, że pojechała.
- Bolą mnie plecy. Niczego sensownego nie jadłam. Cały dzień poza domem. Muszę odespać to przez kilka dni.
Mam ochotę nią potrząsnąć. Tylko kim ja jestem, żeby mówić jak ma zyć ???? Chciałam Jowicie pokazać, że w pracy się pracuje i nie zawsze jest kolorowo – nie wyszło. Odjeżdżam. Pomóc może jej tylko specjalista.

W domu ciepło. Przyjemnie.
Po kąpieli, wbrew zaleceniom super niani, kładę się w kolorowym pokoju i czuję jak stęsknione rączki obejmują mnie za szyję.

Kolejny sen i kolejne morderstwo. Surowe mięso. Nagie dziecko. Brudna woda. Atak dzików. Nie chce mi się zasypiać gdy pomyślę, co mnie czeka pod powiekami.
Czas Czarnego Piotrusia. Póki co w realu nie dzieje się nic.

PSL – głos na dzielnego działacza z województwa lubuskiego za nowoczesną wizję państwa wspierającego, które znajduje równowagę między liberalizmem a doktryną państwa silnego.

O czwartej nad ranem zabrakło mi sił. Myślałam tylko o tym, żeby zasnąć. Zjechałam na cpn i pomiędzy tirami zrobiłam sobie przerwę. Trzy godziny snu. Natychmiast. Obudził mnie chłód. Okropne uczucie. W oczach piach. Skostniałe dłonie i stopy. W ustach niesmak. I ból kręgosłupa. Do domu jakieś trzysta kilometrów. Kawa z przydrożnego baru trochę pomogła.
Gdybym wiedziała jak się będę męczyć na pewno zostałabym w Łodzi na noc. Jednak ja tak ciągnę do domu. Czasem zwyczajnie ponad siły. Trudno mi obliczyć, że po 26 godzinach bez snu zwyczajnie nie dam rady.
Pierwszy raz musiałam się zatrzymać i odpocząć. Do tej pory po prostu jechałam. Ziewając. Słuchając muzyki. Gadając do siebie.
I to jest dla mnie mega wskazówka.

Numerologia. Obca mi zupełnie. Do dzisiaj. W pewnym sensie dałam się. Oto kilka wróżb na przyszłość. Będę miała dużo pieniędzy. Nowy związek małżeński. I urodzę syna. Uff …