Jowita to taka moja kolezanka z drugiego roku. Nie dała jednak rady. Nie obroniła nawet licencjata. W każdym razie jakos tak fajnie ją zapamietałam.
Kilka tygodni temu spotkałyśmy się na ulicy. Cześć, buźka, o tam słychac. I nagle łzy. W zyciu nic jej nie wychodzi. Z teściową szarpie się o dziecko. Mąż z inną. W pracy za trzy grosze stres i brak szacunku.
Mysle sobie – pomoge. Uczciwej, ciepłej i zwyczajnie na te czasy nieszczęśliwej kolezance. Zatelefonowałam do Maria. Wmówiłam mu, że w mieście moim rodzinnym potrzebna jest referentka. Przeanalizował, skontaktowal się z kadrami. W końcu jest D y r e k t o r e m P e r s o n a l n y m. Wyszło na to, że są braki kadrowe. Zadzwonilam więc do Jowi z radosną informacją. Uszczęśliwiając ją niezmiernie. Na chwil kilka. Zestresowana, wrzucona na głęboką wodę papierzysk, ludzisk i problemów wycofała się. Wszak praca w biurze to nie picie kawki, słuchanie samych przebojów i dumanie o niebieskich migdałach.
Wkurzyłam się na nią przebradzo. Coś mi tam tłumaczyła, ale nie słuchałam. Takie sytuacje utwierdzają mnie w negatywnych przekonaniach.
- Chuj z nią – skwitował Mario kiedy przeprosiłam go za zawracanie głowy.
Jednak ja bym tak nie chciała. Z tym chujem. Wolałabym zawalczyć. Uratować Jowitę. Tłukę w głowie nowe plany.

Drażnią mnie ludzie. Te ich zachowania. Powiedzenia. Zapytania. Małostkowość. Poza. Kreacja. Nie mam przekonania.

Po zebraniu stoimy chwilę na parkingu. Coś by sie wypiło ale daleka droga do domu. Gadamy o pierdach. Wiatr i dym z hiszpańskich papierosów.
- Mafia – ocenia nas głośno jakiś pijany człowiek.
- Sekta – odpowiada mu handlowy – Modlimy się do naszych samochodów.
Wszyscy wybuchają śmiechem.
Chce mi się spać. I jeszcze czegoś. Na pewno nie chce mi się jechać. Dopóki nie odbieram telefonu od babci. Bardzo by chciała pojechać jutro na grzyby. Weryfikacja danych. Zmiana planów.

O wieczorach, które mijają mi pod kocem. Z soczyście słodką czerwienią gęstego wina. Wino na kolacje. Lecytyna na śniadanie. W TV Kultura „Rewizor”. Oglądam sto dziesiąty raz. Umiem już prawie na pamięć. Jestem zmęczona. Fizycznie. I pewnie gdyby nie ołówkowe pasemka dostrzegłabym już siwe włosy. Ogarnia mnie jakaś zimowa senność. Gadam od rzeczy. Zamyślam się. Jednocześnie nie mogę spać. Jak już zasnę to mam dziwaczne sny. Ostatnio ktoś w moim snie podarował nam synka, małego Michasia, który miał rude włosy. Trzymałam to dziecko na rękach i wmawiałam mężowi, że jest do niego podobne.
Chciałabym zamknąć oczy i spać kilka godzin bez obrazów. Musze wstać o drugiej w nocy. By zdążyć na ważne zebranie do Łodzi. Muszę jeszcze kilka innych rzeczy.

Unicestwić. Moje ulbione słowo. Przenikające do kości. Najczęściej gdy mam dość. A dość mam często. Zamknięty rok budżetowy kosztował. Zdrowie. To, czego oprócz czasu najbardziej mi żal.
Niestety nie jestem z mgły. I nie z kamienia. Wszystko może mnie zaatakować i zniszczyć. Coraz mniej ucieszyć. Praca. W niej osiągnęłam to co chciałam. Spalam się teraz tylko. I czegoś szukam. Jakiejś zmiany. Nie na lepsze. Na ciekawsze. Oczywiście wiem, że to przejściówka. Nadmiar wysiłku skutkuje frustracją. Jakaś taka się słaba robię na stare lata. Częściej boli mnie głowa. Nie widzę. Nie słyszę.
Spałabym tylko na zapiecku jak Bonifacy.
A tu nie ma zmiłuj. Kierownica, telefon i liczby.
Marzę o wycieczce do Częstochowy. Rodzinnej.