Babcia siedziała na ławce w cieniu zasadzonych przez nas dziesięć lat wcześniej cyprysów. Ja pastowałam płytę rodzinnego grobowca. Jakaś pani stała za żywopłotem i czytała z płyty nazwiska naszych najbliższych.
- Przepraszam, że tak się przygladam – powiedziała po chwili choć ani ja ani babcia nie zwracałyśmy na nią uwagi.
- Jan – westchnęła – Tyle razy tędy przechodziłam i nigdy nie zwróciłam uwagi, że tu leży Janek.
- Pani znała dziadka? – zpytałam.
- Tak – kobieta przekroczyła linię żywopłotu i stanęła tuż przy grobie – Dwadzieścia lat bylismy razem – powiedziała cicho.
Babcia spojrzała na mnie, ja na babcię. Niezłe wyznanie po dwudziestu pięciu latach od śmierci dziadka.
- Jak to razem? – zapytałam trochę szorstko.
- Razem byliśmy pracownikami Narodowego Banku, jako jedyni do końca jego istnienia. Nie pamięta mnie pani? – zwróciła się do babci podając swoje imię i nazwisko.
- Niestety nie – odpowiedziała babcia.
Kobieta pomodliła się chwilę.
- Do widzenia – wycofała się za żywopłot.
- Dziekujemy za modlitwę – pożegnała ją babcia.

Wychodzę dzisiaj z domu o piątej z normalnym worem pełnym śmieci. Na ramieniu torba, w której strój i japonki nie mogą doczekać się kontaktu z chlorem na basenie. One i ja. Muszę pływać żeby mnie nie dopadło stężenie.
Nagle zza murka wyskakuje sąsiad aktywista ze swoim psem atakującym motyle.
- Skąd ma pani tyle śmieci? – pyta.
Mnie zatyka. Na szczęście tylko na chwilę.
- Wyrzucam raz w miesiącu – odpowiadam i uciekam przed nim gdzie pieprz rośnie.
Kilka minut później na basenie zmagam się z falami, których nie ma.

W naszym domu pojawił się bardzo niezapowiedziany prezent. Do tego kłopotliwy jak diabli. Szczeniak. Szlag mnie trafił. Nie dlatego, że nie lubię zwierząt, choć może trochę … W każdym razie u nas nigdy nie było miejsca dla psa. Stąd też od wielu dni szukałam kogoś kto chciałby zaopiekować się Kudłatym. Wreszcie udało się. Zanim wyjechał trochę z nami jednak pomieszkał. I lekko skruszył kamień w sercu. Bo fajny był. Nawet wtedy kiedy rozrabiał, gryzł i chciał siku o trzeciej nad ranem. Uwielbiał wylegiwać się na fotelu przed telewizorem. Wkładać nos w rękawy naszych koszul. Oglądać świat z okna samochodu. Gdybyśmy byli częściej w domu może zmieniłabym decyzję. W każdym razie pojechał ze swoim nowym panem daleko w góry. Będzie tam startował na wystawach i jak jego rodzice zdobywał złote medale. U nas często siedziałby sam w domu i ziewał z nudów.


Tak sobie myśle, że w życiu codziennym technika bardzo pomaga. Zwłaszcza gdy na obiad zapowiedziała się olbrzymia duńska rodzina. Zastanawiałam się co tym razem postawić na stół. I padło na golonki. Choć wiem, że mój mąż rygorystycznie przestrzegający diety nawet nie ruszy cudownego kawalka upieczonego mięsa. Cóż, dla niego będzie kasza z marchewką.
Ja naprawdę bardzo lubie gotować i żal mi, ze na moją tłustą kuchnię brak amatorow w domu. No cóż, zycie.
W każdym razie Duńczycy będa pewnie zadowoleni i najedzeni.

Po odjeściu nowej pani dyrektor zarząd zdecydował o całkowitej redukcji jej etatu. Przydzielono zadania tego działu naszej trójce. Trochę dostało się handlowemu, trochę operacyjnemu a trochę mi. Na piątkowym zebraniu z szefem wszystkich szefów dyrektor handlowy zdecydowanie zaprotestował. Nawet go rozumiem. Trudno jest upchnąć nowe zadania w zorganizowanym już od dawna systemie. Jednak propozycja zarządu została poparta mocnymi argumentami.
Po wszystkim odreagowaliśmy w barku. Handlowy i operacyjny pili wódkę, ja jadłam sznycel po toskańsku.
- Dlaczego nie protestowałaś? – zapytał z wyrzutem handlowy.
- Bo kładę na to chuj – odpowiedziałam szczerze.
Mam nawet kilka wizji jak to sobie wzystko poukładam. Dżungla zaczyna być moim srodowiskiem naturalnym.

Nowa pani dyrektor nie dała rady. Podobno jej wrażliwość nie pozwalała tolerować ukochnej dla firmy walki o zwycięstwo. Odeszła. Podtrzymując jednak tradycję mailowego pożegnania. Kilka słów do ludzi, których poznała. Był więc psalm pochwalny dla Maria, ciepłe słowa dla kilku kierowników, coś tam o sumienności kadrowej i na koniec nie zapomniała o mnie.
” Alicji dziekuję za szczerość, czasem do bólu.”
Przeczytałam tego maila w domu i tak sobie potem pomyślałam pastując podłoge, że nie zawsze mi ta szczerość wychodzi na dobre.

Mam spuchniety polik, co sześć godzin biorę antybiotyk i cały czas mnie boli. Wszystko to przeplata się z czasem spędzonym w pracy. W niej przynajmniej mam świety spokój. Przez trzy lata wiłam sobie cieplutkie gniazdko. I procentuje. Już nie musze się na nic spinać, spieszyć. Działam sobie według planu. I jest mi bardzo dobrze. Do przesady wręcz. Dopóki mi się nie znudzi.
Między jednym porannym ziewnięciem a drugim takie mam rozważania, że naprawdę fajnie jest. I nawet ten kanał zakazony u stomatologa da się znieść.