Profilaktycznie. Zaczynam mieć wstręt do tego słowa. Od czasu wycięcia guzka to profilaktycznie tkwi mi w gradle.
Wczoraj skoczyłam sobie w wolnej chwili na usg. Profilaktycznie. I wyszłam z opisem, który znów spędza mi sen z powiek. Obecne jest zagęszczenie tkankowe o wymiarach 8x4mm-zdj., które ma niższą echogeniczność i wyraźne lecz nie ostre zarysy. W obrębie tego obszaru jest niewielka przestrzeń płynowa. W prawym dole pachowym obecny jest powiekszony wezeł chłonny o wymiarach 12×6 mm – zdj.
Wskazanie do wykonania b.a.c. pod kontrolą usg zmiany P10.
Co się z tym wiąże to ja już doskonale wiem. I nawet myśleć mi się nie chce o tym wszystkim co nie czeka.
Gdzie to beztroskie życie? Za dobrze mi było?
Od jutra urlop i lekarze, badania oraz strach.

Memos. Spójrz. Zapamiętaj. Skojarz.
I znów kalafior.
Zaczynam być przewidywalna.

Wystarczy, że zaświeciło słońce a od razu zrobiłam się leniwa, gruba i blada.
Na horyzoncie koniec kwartału. Walka o dobry wynik, za którym idzie premia niosąca mniejsze lub większe radości doczesne. Niestety wykazuję totalny brak mobilizacji.
Już się przyzwyczaiłam, ze czasem zdrowo mi się nie chce. Biorę to kalafiorem. I tak się uda.
Poza tym mam okazję popłynąć sobie z Calais do Douvres na fajne zakupy. Bilety wstepnie zabukowane. Teraz tyko czasu trochę trzeba zdobyć. Uwielbiam żyć beztrosko.

Maryś przeżył kolejną rybkę. Nie wiem na czym to polega, że jemu w szklanej kuli nie dzieje się nic. Natomiast wszystkie dokupowane towarzyszki kończą swój żywot po kilku tygodniach.
Wyłowiłam o świcie srebrne ciałko leżące bez ruchu na kamyczkach i pozwoliłam by popłynęło w ostatnią podróż rurą kanalizacyjną.
Teraz jednak zastanawiam się czy do rozwiązania zagadkowej śmierci rybek nie przyczyniłaby się sekcja zwłok.

Otrzymałam anonimowy list, ktory jako taki nie zasługuje na jakiekolwiek rozpatrzenie. Na zasadzie „polskiego piekla” opisuje on fakty, które nie sposob w tym trybie ocenić, zawiera obraźliwe pod adresem kierownika sformulowania, a także żądania pod jego adresem, ktore – o ile są słuszne – winne być załatwione po myśli pracownikow bez potrzeby uciekania sie do formy anonimu.Kierowana nadrzędną troską o poprawne relacje miedzy pracownikami gotowa byłam przeanalizować podstawy konfliktu w obrebie danej filii i pojechałam tam. Postawiłam jeden warunek, ze autorzy listu znajdą w sobie na tyle odwagi, by otwarcie o tym rozmawiać.
Niestety.
Niemożność oceny sporu na podstawie anonimu zamknęła z mojej strony sprawę, zaś osobom niezadowolonym pozostawiłam swobodę wyboru zmiany pracodawcy, z ktorej powinny skorzystać wobec pogłębiajacego sie od miesiecy niezadowolenia.
Nie rozumiem dlczego ludzie wolą w plugawy sposób donosić na swoich kolegów i przełożonych niż zwyczajnie, pewnie emocjonalnie ale normalnie porozmawiać.
Myślę też, że nie podpisali się ponieważ nie do końca mi ufają. Nie wierzą w to, że zechcę im pomóc.

Dojeżdżam do kolejki na skrzyżowaniu. Wolniutko. Właśnie czerwone światło zatrzymało sznur aut. Z odległości kilku metrów widzę, że za chwilę dojadę do karawanu, który okwiecony wieńcami również czeka na zielone. Zatrzymuję się kilka metrów przed. Deszcz zacina ostro. Kierowca za mną trąbi sugerując bym podjechała o te kilka metrów. Ja jednak nie podjeżdżam.
Lęk pierwotny.

Zaczęło się od tego, że ktoś mu powiedział. Pierdoły same negatywne. Jednak uwierzył. Nie wiem po co. Nie wiem dlaczego. Nie świadczy to o nim za dobrze.
W każdym razie ja powtórzyłam to komuś.
A to świadczy o mnie już fatalnie.
Tym kimś był Mario. Wściekł się. I poszedł z tego powodu na wojnę.

„…pamiętaj, to co mówią ci, przez dwa podziel…”

Powrót do pracy po radosnym wolnym. Szósta rano. Telefonuje Mario, że właśnie dojeżdża do Poznania i będzie czekał na mnie ze śniadaniem w M2.
- Nie dam rady – odpowiadam przeciągając się lewniwie w łóżku.
Potem zasypiam jeszcze na chwilę.
I śnię o dziesiątkach drzwi, które muszę otwierać jedną klamką.
Coś w tym jest.

Wróciliśmy wczoraj wcześnie rano. Z duńskimi przyjaciółmi. Wszyscy poszli spać. Ja zostałam na straży. Nie bardzo wiem czego – w każdym razie nadmiar wrażeń odebrał mi potrzebę snu.
Trzeciego maja świętowaliśmy z mężem dziesiątą rocznicę bycia razem. W pięknym miejscu. Ja sentymentalnie. Mąż z tym swoim uśmiechem nie przywiązującym zbytniej wagi do dat.
W każdym razie oboje wiemy, że to było dziesięć ważnych lat. Wiele zdarzeń mocno nas połączyło. Inne prawie rozłączyły. Jednak udało nam się stworzyć wspaniały dom, w którym nasza rodzina czuje się bezpiecznie.
Z tego tylko powodu różnice i granice zacierają się.