Wczoraj jakaś pani zadzwoniła do mnie z wielkim krzykiem, że po szkoleniu podano uczestnikom na obiad klopsy ze słoika. Bez ziemniaków. Były bułki. I surówka z kiszonej kapusty. Skandal.
Pani oczekiwała, że zajmę się tym mega problemem.
- Ktoś się zatruł? Źle poczuł po obiedzie? – zapytałam.
- Oczywiście, że nie.
- Więc w czym tkwi problem?
- Pani nie widzi problemu? – syknęła zbulwersowana.
Jeszcze chwilę porozmawiałyśmy i zakończyłam rozmowę. Wraz z rozmową sprawę. Gratuluje niekórym ludziom pomysłów.
Za to sny moje zabrały mnie tej nocy na wielką ucieczkę z Saddamem Husseinem. Był pogrom irackiej armii. Krew się lała. Odreagowałam.

- Dziadek dzwonił?
- Tak – odpowiedź po długim namyśle.
- Co mówił?
Cisza.
- Co mówił?
Cisza.
- Słyszysz o co cię pytam?
- Mam dość tych ciągłych pytań. Jak było w przedszkolu? Zjadłaś obiad? Czy była pani Ula czy pani Agata? Nie chce mi się odpowiadać.
- Mimo wszystko, co mówił dziadek?
- Szczerze? Nic ciekawego!

Zbyt spokojnie. O ile spokoju może być zbyt. Lepiej niech już tak będzie. Pusta głowa. Wiosenny płaszcz, w którym wczoraj przeraźliwie zmarzłam. I nowy zapach, który na początku jest bardzo duszący, by po chwili uwolnić najfajniejsze nuty świata. Poza tym pola się zielenią i niedługo przestaną straszyć badylami. Na ich skraju pojawił się ciężki sprzęt budujących nowe domy w mieście. Szkoda mi będzie lisów, zaskrońców i szarych myszek, w których królestwo wkroczy za chwilę masa kredytów hipotecznych.
Muszę wspomnieć o babci. Od chwili powrotu z pielgrzymki życia wydaje się być maksymalnie spełniona. Wszystko, co widziała i przeżyła, bardzo mocno ją odbudowało. Gorąco namawia mnie na spędzenie urlopu w Ziemi Świętej. Dla mnie to jeszcze nie ten czas. Wolę powłóczyć się w zupełnie innych miejscach.

Malutki parking przed budynkiem, w którym znajduje się kilka firm. Zostawiamy tam auta od zawsze. Bez żadnych większych emocji. Szef ochrony budynku wjeżdża pod drzewo. On pierwszy zaczyna i ostatni kończy – robi więc miejsce dla pozostałych. Jakoś tam upychamy się … choć czasem naprawdę nie ma miejsca.
Od kilku tygodni jednak – wraz z otwarciem banku – zaczynają sie dziwne sytuacje. Pracownicy banku uznają parking jako swój i totalnie mają w dupie ustalony do tej pory schemat parkowania.
Zostaje zaczepiona przez młodą kobietę, która zadziornie oznajmia, że chce parkować koło swojej kolezanki a ja zawsze podjeżdżam tak, że jej to uniemożliwiam.
- Słucham? – pytam zaskoczona.
- Ustalmy to sobie – żąda.
- Parkuję tam gdzie chcę, ustaliłyśmy – odpowiadam zgrzytając zębami.
Potem przez kilka dni młoda kobieta zajeżdża mi wyjazd. Mam ochotę wspomóc sie strażą miejską ale szkoda mi czasu na taki bezsens.
Dzisiaj miałam okazję poznać kolegów młodej kobiety. Dwa żywe trupy. Śmiertelnie zenerwowane brakiem miejsca dla ich seledynowego auta.
Ze szczerym uśmiechem Maciek powiedział im, że jakoś musimy się tutaj dogadywać. Dodał też, że chętnie się przeparkuje by mogli wjechać.
Jednak ich reakcją był jej brak. Zero pozytywnej emocji. Zero czegokolwiek. Przez chwile miałam wrażenie, że nie płynie w nich krew.
- Od jutra przyjeżdżam tu tirem – Maciek już się nie uśmiechał – I koniecznie chcę parkować koło mojej koleżanki.
Ten tekst i tak nie zrobił na nich żadnego wrażenia.
Totalnie głupia i niepotrzebna jazda.
- Nie wiecie? – całej sytuacji przygladał się szef ochrony – Oni są od nas lepsi. Pracują przecież w banku.

Bawię się i uczę. Oto on, oto ja, oto my. Kurs korespondencyjny dla początkujących.

„Bardzo mi Ciebie brakuje.
W zasadzie to powyżej mogłoby być jednocześnie początkiem i końcem mojej wypowiedzi. Wszystko tam jest zawarte. Wiem, że liczysz jednak na bardziej szczegółową odpowiedź więc… może jeszcze z trzy słowa…”