Dzień Babci. Dla mnie każdy w roku. No ale niech będzie. Sączymy wino i podgryzamy strasznie suchy makowiec. Mamy parcie na polityków. Krytyka pełna emocji. I takie tam inne poruszające tematy.
- W tym roku skończę dziewięćdziesiąt dziewięć lat – mówi babcia.
- Mhm – powtwierdzam.
- Myślę, że to dobry moment by odbyć pielgrzymkę.
- Dokąd?
- Do Ziemi Świetej.
- Bez żartów.
- Już się zapisałam u księdza. Na kolędzie mi zaproponował.
I trzyma się. Żadne argumenty nie trafiają. Decyzja zapadła.
Oczywiście jestem w stu procentach przeciw. Nie wyobrażam sobie jak wytrzyma taką podróż. W dodatku sama. Wiem, że świetnie sobie radzi. Tylko, że warunki ma sprzyjające. I panią Halinkę. Nawet próbowałam coś tam zadziałać by pojechały razem. Jednak dla pani Halinki przeszkodą są finasowe sprawy. Ode mnie przyjąć pieniędzy za żadne skarby nie chciała. Zresztą nie mogę jej zmuszać by pędziła z babcią po świecie.
Pomysł z pielgrzymką przesłonił mi wszystkie inne sprawy. Nie umiem sobie tego ułozyć na żadnej półce.

Ustalam sobie plan na kilka tygodni. Na mapie samochodowej zaznaczam miasta, do których muszę pojechać. Obliczam kilometry. Robię sobie szczegółowe plany wizyt. Dołączam notatki i numery kontaktowe.
Według harmonogramu – znaczy prawie idealnie.
Mariusz, ktory swoją pracę opiera tylko na katalizatorze spontanicznych decyzji pyta:
- A jak coś ci się spierdoli?
- Co na przykład?
- Chuj wie, niech będzie auto.
- To auto?
- No dobra, nie auto. Cokolwiek.
- Nie powinno – odpowiadam naiwnie. Choć bark odmówił posłuszeństwa w najmniej oczekiwanym momencie plątając wiele planów.
- No dobrze, wszystko się może zdarzyć – przyznaję Mariuszowi rację.
- To po co planować?
- Dla zasady.
- Alka, ostatni raz słyszałem to w Psach. Dobrze, że skurwysyna sobie podarowałaś.
- Co proszę?
- Nic, taki cytat.

Czuję jak bardzo pieką mnie oczy. Wydobywam się niezgrabnie spod koca by kolejny łyk mocnej kawy spowodował choć odrobine poczucia rzeczywistości. Opada prymitywne myślenie o smsie informującym – „BPH … stan konta został zwiększony o …” Pracowity grudzień odpłacił się. No i co? Czy ja właśnie tego potrzebuję? Wszystkie znaki na niebie i ziemi potwierdzają: TAK. Moja miara-wiara. Jedyna jaką ostatnio wyznaję. Czuje, że coś nie gra. Kiedy ostatni raz byłam w kościele? O czym zapominam mijając ludzi? Rozważam, myślę, analizuję.
Już prawie radze sobie z pukładaniem w głowie rzeczy najwazniejszych gdy na wyświetlaczu telefonu pojawia się Mario.
- Halo – odbieram choć nie muszę.
- Ala, Poznań potwierdził, mają już dla ciebie nowe auto. Jutro do odbioru.
I pęka poczucie wyższych wartości.
- Ok – odpowiadam spokojnie choć w środku bardzo się cieszę. Rozłączam rozmowę. Kawa nie nadaje się na taką okazję. Daję sobie spokój z rzeczywistością. Coś fajniejszego przenosi mnie w zupełnie inny świat.
Kto kogo oszukuje w tej grze?

Poznań do tej pory kojarzył mi się tylko z lotniskiem. Nic poza. Jednak po spędzonych w nim intensywnych dwóch dniach czuję, że mogłabym polubić to miasto. Prawie tak jak Zieloną Górę.
O ile szkolenie było proforma – imprezy towarzyszące traktowano całkiem serio. Miałam okazje powłóczyć się nocą. Napić. Poszaleć. I zasnąć w Murowanej Goślinie. Zwichnięty bark nie stanowił żadnej przeszkody. Choć nadal boli, może nawet bardziej.
W każdym razie zaczynam się przyzwyczajać do myśli, że z nowym angażem przychodzą nie tylko obowiązki ale również mega przyjemności.
Życie jest fajne.