Zwichnięty bark. Na chwilę przed nocą sylwestrową. Cudowna sprawa. I jeszcze Poznań. Hotel zarezerwowany z czwartego na piątego stycznia – bardzo ważne szkolenie. Sami super sprawni fizycznie i intelektualnie plus ja – z ręką na temblaku. Do tego zakaz prowadzenia samochodu. Jak pomyślę o pociągu to już mam dreszcze. W ogóle jak pomyślę o tym wszystkim to sama się sobie może trochę (ale tylko może) dziwię. W normalnych okolicznościach chory człowiek bierze L4 i wszystko ma gdzieś. Ja jednak nie mogę wypuścić z rąk swojej szansy. Nic tam niedyspozycje sprawnościowe. Liczy się kolejny schodek. W górę. Z jednej strony mam dużo szczęscia. Z drugiej trochę mniej. Moja ukochana równowaga niczym nie zmącona.
I co ja się będę tłumaczyć tym, którzy psy na mnie wieszają.
Każdy idzie swoją drogą. Dlatego nie żal mi tych wszystkich, którzy stoją w miejscu. Być może kiedyś ja stanę i nikt się nade mną nie ulituje.
Wiem jedno na pewno – nie chcę stagnacji, braku realizacji własnych pragnień. Wierzę w słuszność trendu, że marzenia są po to by je spełniać a nie posiadać. Natomiast materialne posiadanie … jest cudowne.
Dlatego w nadchodzącym roku życzę wszystkim, którzy chcą – by mieli możliwość godnego, wygodnego i ciekawego życia.

Jesienno wiosenny miesiąc pełen pracy i tylko pracy. Nic nie działo się zgodnie z planem.
I dobrze.
Tak właśnie musiało być. Zaznaczyć swoją autonomię – czasem przelewając krew i łzy. Teraz już wiem, że styczeń zaczynam z nowym angażem.
Niestety w ogóle nie czuję atmosfery zbliżających się świąt.
Zapłata.

Kolejnym miastem zdobytym przez firmę, w której pracuję została Legnica. Byłam tam kilka razy. Na rekrutacji pracowników. I bezpośrednio przy przygotowaniach do pierwszych dni pracy.
Zatrudniliśmy całkiem przypadkiem same kobiety. Wszystkie z biglem. Spędzałam z nimi dużo czasu zachowując minimalny dystans.
Po hucznym otwarciu, kiedy już staliśmy na parkingu i żeganaliśmy się legnicka fakturzystka powiedziała:
- Opiszę to wszystko w moim blogu.
- Co to jest blog? – zainteresował się dyrektor personalny.
- Mariusz, nie potrzebujesz takich informacji – do rozmowy wtrącił się operacyjny.
Kilka godzin później siedzieliśmy we trójkę w przydrożnym zajeździe. Oni pili kawę, ja jadłam pieczone mięso. Opowiadaliśmy sobie przy tym jakieś głupie erotyczne historie.
Kiedy już odjeżdżałam w totalną ciemność drogą wyłożoną między wysokim, smukłym lasem widziałam w lusterku jak obaj stoją i czekają, aż zniknę za zakrętem.
Potem zaczął się mozolny powrót – w zupełnie inne doznania.

Po urlopie. Praca przez największe p świata.
A jeszcze kilka dni temu hotelowe zniewolenie obezwładniało mój mózg. Nie musiałam robić nic. Oprócz jedzenia, picia i odpoczywania. Wprowadziłam zakaz myślenia i bardzo skutecznie go przestrzegałam.
Telefon od taty o pogrzebie jego brata wyrwał mnie z cudownego świata iluzji.
Koniec urlopu wcześniej niż zaplanowałam. Torba pełna wakacyjnych pamiątek. Żałobna wiązanka ze świeżych kwiatów robiona przez kwiaciarkę w pośpiechu. Potem mała kaplica w Gubinie. Przez szeroko otwarte drzwi widziałam tylko buty wystające z trumny.
Wprost na nie świeciło listopadowe zdumiewająco ciepłe słońce.
Jednego dnia można doświadczyć najbardziej skrajnych przeżyć.

Na dzisiaj zaległa lektura.