„Czerwiec kończył się wolno i dostojnie”. Przeczytałam to okropne zdanie w pewnej książce. I uświadomiłam sobie, że pisząc tego bloga często posługuję sie podobnymi zdaniami. Pewnie nie ma to większego znaczenia. Podobnie jak to, że mój wirtualny świat kończy dzisiaj trzy lata. W każdym razie nadal lubię czytać inne blogi – swojego pisać z każdym miesiącem lubie (potrzebuje) mniej.

- Alicja, podobno wyjeżdżasz? – głos operacyjnego w słuchawce.
- Wyjeżdżam – odpowiadam.
- Zamykamy kwartał – sugestia oczywista.
- Zamykamy – potwierdzam.
- Jak to sobie wyobrażasz?
Opowiadam kwieciście o szczegółach wyjazdu. Oczywiście nie to chce usłyszeć. O ironio!
Czasem, kiedy tak ode mnie wymaga i wymaga mam ochotę powiedzieć żeby spadał. Nie mówię. Nie dlatego, że się boje. Nie wypada po prostu. Cholera jasna, pierwsza naiwniaczka europy wschodniej, zachodniej i środkowej.
Natomiast pakowanie idzie mi cudownie. Naprawdę.
Tylko emocjonalnie trochę jestem zgaszona. Czegoś mi brakuje. Pewnie potrafiłabym to świetnie określić. Jednak wolę nie. Zostawiam sobie tę zagadkę na potem. Potem zostawiam też na potem.
Nie ma chyba nic gorszego niż brak zdecydowania, którą wybrać stronę. Konkretnie – dla mnie zawsze znaczy idealnie.
Poza tym. Być choć na jakiś czas. Dla zdrowia.

W czwartek wyjeżdżam na dziesięć dni i w ogóle się nie przygotowuję do tego zaplanowanego wyjazdu.
Pierwszy raz w życiu stawiam na spontaniczne wrzucenie pary spodni do torby. Niech się dzieje po prostu.

W nocy obudził mnie dzwięk turlanego po drewnianej podłodze koralika. W pewnych momentach był nawet przerażający. Próbowałam go nie słyszeć. Podziałał jednak na mnie tak bardzo, że nawet we śnie rozmawiałam o nim z moją mamą.
O piątej postanowiłam wstać i znaleźć źródło dzwięku.
Wszystkie moje fantazje rozwiał glonojad, który wydawał turlający dźwiek swoją przyssawką. Szamotał się uciekając przed welonkami.
Uspokoiłam go listkiem sałaty, pod którym się schował. Pewnie w ciagu dnia go zje.
Tak mało wystarczyło by spokojnie przespać noc.

Wczoraj pani z administracji budynku miała imieniny i z tej okazji obdarowała nas miską jesiennej sałatki.
Kiedy wieczorem wychodziłam z pracy zostałam zaczepiona pytaniem jak mi sałatka smakowała.
Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Nie jadłam tej sałatki. Mam kilka takich swoich kulinarnych zakazów. Oprócz tego, że nie jadam obcych sałatek nigdy na przykład nie kupuję gotowej bułki tartej i mrożonych ryb. Jest oczywiście więcej takich stopów. Szkoda czasu by je wymieniać.
W każdym razie sytuacja z pytaniem mogła zostać opanowana tylko kurtuazyjnym kłamstwem. I tak też się stało.
Niby pierdoła ….

Do Szczecina na zakupy mieliśmy pojechać razem. Mąż jednak nie przyleciał tłumacząc sie nawałem obowiązków. Oczywiście powinnam to zrozumieć. Jednak nie do końca chcę się pogodzić z tak długimi rozstaniami.
Nawet przez chwilę przyszło mi do głowy, by mu powiedzieć, że tęsknię. Powiedziałam jednak tylko o wymianie wodomierza.
Potem poukładałam ułożone już swetry i umyłam czysty piekarnik.

Układam grafik na tyle wcześniej, by każdy mógł w nim zaznaczyć ewentualne urlopy, opieki, wolne i godziny. Grafik zaakceptowany wrzucam do terminarza i planuje sobie wyjazdy, szkolenia, zebrania.
Wszystko to wysyłam do działu personalnego i myślę sobie, że jest ok.
Tymczasem okazuje się, że ktoś zapomniał o imieninach cioci, wizycie u stomatologa i jeszcze jakiś tam innych sprawach. Jest to moment, w którym tracę cierpliwość i wychodzi ze mnie bestia.
Oczywiście złamałam się kilka razy i zmieniałam wszystko zaciskając zęby.
Dzisiaj jednak w nawale zupełnie innych ważnych spraw odmówiłam Izie zmian z powodu jakiejś tam pierdoły.
- Jak to? – stała i patrzyła na mnie tak zdumiona, że aż mi się zrobiło jej żal.
- Weźmiesz sobie urlop na żądanie. Masz prawo do czterech takich dni.
- Jak to urlop na żądnie?
- Normlanie. Może to cię wreszcie zmobilizuje.
- Może – jęknęła pod nosem i wyszła.

Chciałabym bardzo przeczytać jeszcze raz bajki Dygasińskiego. O Zuchelku, królewnie Zorzyczce, królu Huku Puku …
Gdzieś mi się ten zbiór zapodział. Szukałam go wszędzie. Niestety. Pewnie pożyczyłam i zapomniałam. Szkoda.
Za to mam bajki z Ramą czytane przez Pazurę. Podczas monotonnej podróży niektóre wersje potrafią totalnie rozluźnić.
Wczoraj całą drogę z Zielonej Góry śmiałam się. I lepsze to milion razy niż radiowe bardzo smutne wiadomości.
Dzisiaj zimny, szary i ponury dzień. Wichura potworna.
Andrzej siedzi w kuchni i je krewetki, które usmażył sobie na maśle.
- Ala, chcesz? – pyta zagladając do pokoju.
- Nie – odpowiadam.
- To może zrobię ci tosta?
- Dziękuję, zjem coś potem.
Szybko się u nas zaklimatyzował. Ma duzo swobody. Ja całe dnie poza domem. Mąż w Kopenhadze. Mieszkanie zimne i puste. Myśle, że ta atmosfera udziela się Andrzejowi. Wszystko od razu odkłada na miejsce. Wygładza fałdy na kanapie gdy wstaje. Za wszystko dziekuje. Przeprasza. Próbuje się dostosować, wtopić w ten nasz światek.
Daję mu totalną swobodę. Ma dużo stresu związanego z nowa pracą. Dlatego chcę żeby w naszym domu było mu dobrze.