Kilka dni temu mój kuzyn z Gubina zatelefonował z prośbą o spotkanie. Oczywiście zaprosiłam go. Przyjechał i zdradził nam sekret o tym, że dostał pracę w naszym mieście. W fabryce wiązek elektrycznych. Z tego powodu chciałby u nas troche pomieszkać.
- Nie ma sprawy – powiedziałam bez namysłu. I przypomniałam sobie o mieszkaniu mojego męża, które od tylu lat stoi zamknięte. Kiedyś nawet próbowałam namówić męża do wynajęcia tego mieszkania. Powiedział wtedy, że nigdy w życiu. I tak sobie utrzymuje sześćdziesiąt metrów zakurzonego kawałka świata.
- Czy Andrzej mógłby tam zamieszkać na jakiś czas? – nabrałam odwagi by zapytać.
- Nie – krótka odpowiedź mnie zaniepokoiła.
- Dlaczego?
- Za dużo w nim osobistych rzeczy.
- Bez sensu.
Pojechałam więc do tego mieszkania.
Myślałam, że znajdę tam jakąś blondynkę. Tymczasem znalazłam całe mnóstwo przedmiotów, zdjęć i wspomnień. To własnie tam mieszkalismy prawie dwa lata po ślubie. Uświadomiłam sobie, że też nie chcę nikogo wpuszczać do tego świata …

Od soboty Andrzej mieszka z nami. Zachowuje się tak cichutko i skromnie, że czasem zapominam o jego istnieniu.
Mam nadzieję, że będzie mu u nas dobrze.

Samochód w serwisie.
Dzięki temu jesień pod stopami. I we włosach.

Lekarzy zaczyna przerażać świadomość pacjentów. Dzięki bardzo łatwemu dostępowi do informacji czasy ciemnogrodu bezpowrotnie mijają. Czasem to właśnie pacjent doczyta więcej na temat nowinek w dziedzinie medycznej niż leniwy rutyniarz.
Ze względu na nasilający się kaszel, pomimo przyjmowania dwóch antybiotyków, Darek skierował mnie do pulmonologa. Oczywiście nie dało się skorzystać z bezpłatnej usługi – najszybszy termin rejestracji na styczeń przyszłego roku!
Firmowa karta medyczna, która jest naprawdę rewelacyjna nie obejmuje niestety takiego specjalisty.
Poszłam więc do prywatnego gabinetu.
Starszawy pan w okularach, garniturze i białych sportowych laczkach był niesamowicie miły. Obejrzał zdjęcie płuc, chwilkę pożartował, opisał dolegliwości i podsunął receptę z kolejnym antybiotykiem.
- Proszę zapisać mi coś innego – powiedziałam.
- Jak to coś innego?
- Nie chcę antybiotyku. Spróbujmy inhalacji, leków wziewnych.
Lekarz trochę się zdenerwował. Płynną łaciną zakomunikował mi na co jestem chora i jeszcze raz wskazał receptę jako jedyne wyjście.
- Nie chcę antybiotyku – byłam stanowcza. Wstałam, zakomunikowałam mu, że fatalnie sprzedaje usługę medyczną i wyszłam.
Moim zdaniem trzeba szukać rozwiązań. W przypadku zdrowia pacjenta nie powinno się iść na łatwiznę. Oczywiście ja się nie znam – wszyscy nie możemy być specjalistami w jednej dziedzinie. Natomiast chciałabym by lekarz potrafił przekonać mnie to proponowanej terapii.
Porozmawiałam o tym z Darkiem. Umówił mnie do znajomej pulmunolog, która zajmuje się dziećmi. Obejrzała zdjęcie interpretując je nieco inaczej niż poprzedni lekarz i zdecydowanie przepisała inhalacje.
Darek przyjechał wieczorem. Stanąć w obronie swoich wspaniałych kolegów lekarzy.
- Sam nie wierzysz w to co mówisz. Gdybyście się tak nie kryli nawzajem łatwiej byłoby nam żyć.
- Dramatyzujesz, Ala.
- Zdecydowanie. Gdyby nie ta dramaturgia nadal pakowałabym w siebie antybiotyki. Z niewiadomym rezultatem.
Dorób sobie jakąś specjalizację. Może wtedy poczuję się bezpieczniej.
Roześmiał się.

Tydzień bez pracy. Powolny. Trochę żal straconego na leżenie w łóżku czasu. Wczoraj Darek zmienił mi antybiotyk i po czterech dawkach wreszcie zadziałało. Zupełnie inaczej się funkcjonuje bez temperatury i napadów kaszlu. Udało mi się dzisiaj zrealizować kulinarnie. Niesamowicie smaczny dorsz. I mnóstwo warzyw. Za nie tak kocham jesień. Papryki rewelacyjne tego roku. I kapusta. I jabłka.
Chce mi się wyjść z domu. W zapach palonych traw i gałęzi na polach, mgłę i lekki wieczorny przymrozek.
Myślałam o tym, że jednak nie do końca żyjemy pełnie. Praca za bardzo nas pochłania. Za dużo godzin w niej spędzamy. Pewne sprawy zaniedbujemy. Sprawy … i siebie.
W nocy śniło mi się, że zginęłam w wypadku samochodowym. Ten sen wcale nie był aż tak przerażający. Natomiast przyniósł refleksję, że wszystko się może zdarzyć, nie tylko we śnie.

Kolejny dzień w piżamie i grubych skarpetach. Między dawką antybiotyku, snem, zmuszaniem się do jedzenia i rwącym kaszlem nie dzieje się nic. Kate Melua wypełnia ze słońcem pokoje. Nie mogę uwierzyć, że istnieje taki spokój.

Pojechałam dzisiaj do pracy przygotować kilka raportów na poniedziałkowy audyt.
W sobotę w budynku pracuje tylko portier. Siedzi na parterze i robi strasznie obrzydliwe rzeczy. Dłubie w nosie swoim grubym obrośniętym czarnymi włochami palcem. Obżera się snikersami. Siorbie śmietanę wprost z pojemniczka.
W międzyczasie zabija muchy czerwoną łapką. Beka, chrząka, kaszle. Kiedy podaje klucz staje tyłem i wtedy widać jego wielkie spodnie wiszące odstraszająco w kroku.
Nie ma nawet skończonej czterdziestki a zapuszczony jest potwornie. Do tego zawsze mądrzy się. Udaje, że wszystko wie najlepiej. Szczególnie na tematy wyczytane z kolorowej prasy. Nawet sobie sprawy nie zdaje z tego jaki jest odrażający.
Szczerzy te swoje żółte zęby udając, że jest właścicielem budynku.
Do tej pory starałam się nie zauważać tego. Choć słyszłam różne okropne historie na jego temat był mi obojetny.
Dzisiaj jednak przywlókł się za mną na górę. Niby sprawdzić czy okna pozamykane. Zaczął gadać jakieś bzdury. Nachylał się nad biurkiem. Kokietował. Najzwyczajniej na świecie uskuteczniał wielki podryw.
Było w tym wszystkim coś z thrillera. Wyobraźnia podpowiedziała, że jeśli natychmiast nie ucieknę facet udusi mnie swoim wielkim brzuchem a potem poćwiartuje i wrzuci do Warty.
No i uciekłam.
Lubię mężczyn. Nawet bardzo. Jednak grubych, przemądrzałych i śmierdzących wysłałabym w kosmos na nieistniejącą planetę.


Kot od wczoraj. Mały i bardzo spragniony przytulania. Do tej pory mieszkał w dużej jasnej łazience z rodzieństwem. Załatwiał się do miski z piaskiem.
U nas przez cały wieczór załatwiał się do kuwetki z piaskiem ustawionej w łazience. Pomyślałam, że jeśli jest tak nauczony … ale piasek szybko wilgotniał, kotek roznosił go na łapkach a ja nie bardzo mogłam sobie z tym poradzić. Kiedy spał wymieniłam piasek na żwirek. Niestety poskutkowało to tym, że kot w nocy załatwił się na naszym łózku.
Teraz chodzi i strasznie miałczy. Kręci się koło żwirku ale nie potrafi z niego skorzystać.
Nie widzę tego zbyt kolorowo.

Od szóstej rano ścigaliśmy się ze słońcem. W lesie cisza. Zapach. I grzyby, które dosłownie wyrastały przed nami. Tak się zapędziliśmy w zagajnik za prawdziwkami, że ja zupełnie straciłam orientację gdzie zostawiliśmy rowery. Na szczęście mój ukochany mąż świetnie orientuje się nie tylko w międzynarodowych stosunkach ekonomicznych. Bez problemu wyprowadził nas z gąszczu na dróżkę, przy której spokojnie leżały nasze rowery. Pilnował ich zwinięty zaskroniec. Obrzydliwy.
Wróciliśmy do domu odprężeni. I choć mój mąż jako jedyny wielbiony sport wybiera zawsze kopanie piłki na hali – na hasło rower reaguje bardzo pozytywnie.
Zebrane maleńkie prawdziwki, które zmieściły się do kieszenki dresowej bluzy zamieszkają w słoiczku z octem.
Po tej porannej wyprawie mam niesamowicie energetyczne nastawienie.
W piekarniku moja ulubiona porcja cholesterolu. Za oknem słońce. Na balkonowej suszarce koszule. Wiatr wdmuchujący firany na pół pokoju.
Popołudnie bez planów.

Nowi ludzie pojawiają się czasem w naszym życiu niespodziewanie. Agnieszka szukała zaginionego ręcznika na basenie.
Narobiła takiego rabanu, że trudno jej było nie zauważyć. Od słowa do słowa i zagadałyśmy się do późnej nocy. Fajna jest.
Dokupiłam Marysiowi kompankę. Złotą Klarę. Klara jest szalona, dominuje w akwarium i nie lubi larw komarów.
Ciągle miałam wrażenie, że po stracie Kajtka i Róży – Maryś czuje się samotny. Zdecydowanie teraz to się zmieni.
Myślę też o kotku, którego mogłabym zabierać ze sobą do pracy. Jutro jedziemy do schroniska.
Poza tym jesień. Ładna. Z jej powodu przymierzyłam sto par zamszowych kozaków. I na przymierzaniu się skończyło. Szkoda, że w moim mieście tak mało jest ciekawych sklepów.
Mimo to jest ok.