Obie stałyśmy przy małym okienku w kolejce po rurki z bitą śmietaną. Ona wysoka. Bojówki kończące się dużo pod pępkiem. Kawałek siatki zamiast bluzki. Sto dwadzieścia naszyjników. Po dziesięć zawijanych korali na każdej ręce. Olbrzymia torba z napisem sleep i japonki ze słomy.
Właściwie poznałam ją tylko po głosie. Charakterystyczny świszczący szept.
- Cześć, Jola – powiedziałam tak zwyczajnie. Jakby wcale nie dzieliło nas minione dziesięć lat.
- Alka – i pisk. Zaczęłysmy się ściskać zupełnie poza rurkami.
- O Jessssssssssu, jakie spotkanie.
- Mów co porabiasz – lekko odsunęłam sie od niej.
- Oj, aaa, mówię ci … same zwykłości – wzdychała – Kupiłam dom w Londynie. Wiesz, dom. Nie dom. Mieszkanie. Chociaż częściej bywam w Brukseli. Ostatnio tam wystawiam swoje prace.
A ty? Alka, jak tam Daniel? Pewnie macie gromadkę dzieci?
- Pewnie tak – odpwiedziałam.
- Słuchaj, tyle lat minęło. Wiesz, piątego października mówię Polsce goodbye. Może jakieś spotkanie?
No i umówiłyśmy się na dzisiaj. Dawniej, jeszcze w szkole bardzo się lubiłyśmy. Była taka cicha i skromna. Zawsze w powycieranych sztruksach i niebieskiej koszuli w kratkę. Blok rysunkowy, kilka ołówków i płyty z jazzem.
Na przykładzie Joli widzę, że miejsce na ziemi, które się dla siebie znalazło – zmienia.
No zobaczymy. Pogadamy sobie, powspominamy. Na pewno dowiem się dużo o wielkim świecie … ;)

Poniedziałkowa odprawa we Wrocławiu. Dużo zmian personalnych w firmie. Ktoś zaszedł w ciążę, ktoś zrezygnował, ktoś z kierownika został menadżerem a ktoś z menadżera został nikim. Prosta pajęczynka. W międzyczasie pierdoły niesamowite. O jakich totalnych bzdurach potrafią rozmawiać ze sobą ludzie. Przepływ bezmyślności jest jak dla mnie zbyt płynny. Nie słucham. Mam przecież swój świat lęków i coraz bardziej wypaczonej wyobraźni. Nie myślę o tym z kim kierowniczka Łodzi będzie miała dziecko. Nie myślę też o przekrętach jednego z szefów regionu.
Gdzieś mam najnowsze trendy i haftowane jesienne spódnice. Właściwie to sama nie wiem w co się tak naprawdę ubrałam. Popijam wodą kolejną tabletkę na normalność i czuję się senna. Nie biorę udziału w dyskusjach. Nie angażuję się w nic oprócz własnej słabości.
Po odprawie stoję jeszcze chwilę na prakingu. Don Mario, czyli niezwykle urokliwy Mariusz – dyrektor personalny zagaduje mnie o Szczecin. Jak dla mnie jest za przystojny. Nie chce mi się przy nim skupiać na ważnych sprawach. Trochę rozprasza mnie jego wyjątkowo naturalny i piękny uśmiech.
Za to operacyjny jednym gestem wprowadza mnie w świat liczb. Tabelki, targety, kosy, trudni klienci.
- Chodź z nami coś zjeść – kończy wreszcie streszczenie finansowe miesiąca – Taka okazja długo się nie powtórzy.
- Nie chce mi się – odpowiadam szczerze.
- Pani Alu, zapraszamy – dołącza się Don Mario. Delikatnie wyjmuje z mojej ręki kluczyki.
Chce mi się śmiać.

W domu wita mnie Maryś. On jeden wciąż się trzyma. Kajtusiowi nie udało się przeżyć. Dokupionej później Róży też nie. Moja krzepka złota rybka szaleje z radości gdy wrzucam do wody larwy komarów.

Dzisiaj obudziło mnie pukanie do drzwi. Kiedy wstałam – ucichło.
Zresztą dobrze, że wstałam tak wcześnie. Dzięki temu zdążyłam wyprostować włosy i zjeść śniadanie.
Po wczorajszym zdarzeniu na skrzyżowaniu nie miałam spokojnej nocy.
Wracałam z pracy. Ulica Walczaka bez korków. Cudowna sprawa.
Z zamyślenia za kierownicą wyrwał mnie przeraźliwy dźwięk tramwajowego dzwonka. Jakiś cudem tylko prawie otarliśmy się ze sobą zderzakami. Nie pamiętam nawet o czym myślałam. Czerwone światło zupełnie na mnie nie zadziałało. Dobrze, że motorniczy miał refleks. I niewybredne słownictwo, które przez uchylony tramwajowy lufcik posypało się na mnie gdy próbowałam powiedzieć przepraszam. Dotarło do mnie. Już nie jestem taką chojraczką za kółkiem.
Zastanawiam się czy nie iść dzisiaj do pracy pieszo. Po prostu iść po chodniku.

Zmęczenie fizyczne leczy niepokoje.
Kilka długości basenu i zostawiam za sobą umysłowe wybryki.
Jaka ulga.

zweryfikuj
zweryfikuj
zweryfikuj

współczesny rachunek sumienia

i tak nie czas na zmiany

Udziałowcy spółki, w której pracuje mój mąż zorganizowali w sobotę spokanie z okazji mijającej właśnie dziesiątej rocznicy działalności w Polsce.
- Dasz radę? – zapytał mój mąż wręczajc mi kilka tygodni temu zaproszenie.
- Oczywiście – odpowiedziałam.
Niestety. Zapomniałam. Nie zdążyłam kupić sukienki. Zamówić fryzjera. I jeszcze w sobotni poranek pognałam do Szczecina.
Kiedy wróciłam mój mąż siedział wściekły na kanapie.
- Przepraszam – szepnęłam wbiegając pod prysznic.
Wszystko starałam sie robić spokojnie i bardzo szybko.
Kiedy wreszcie wychodziliśmy już z domu jedyną niedoskonałością okazały się wilgotne włosy i brak pończoch.
W hotelowej restauracji zgromadzeni juz zasiadali do skromnej kolacji w blasku świec. Byłam potwornie głodna. Niestety kelner postawił przede mną pólmisek z ćwiartką śliwki, odrobiną kaczego mięsa i kapką granatowego sosu. Wszystko starczyło na trzy widelce. Odechciało mi się jeść. Natomiast chętnie piłam wino, które niesamowicie poprawiało mi samopoczucie.
Kiedy wreszczcie zapanował wyluzowany nastrój pełen muzyki i swobodnych rozmów usiadałam sobie wygodnie na znakomicie miękkim fotelu i spod lekko przymkniętych powiek patrzyłam na wyszykowane do granic mozliwości towarzystwo.
Główni udziałowcy nie pomijali nikogo. Podchodzili i zamieniali kilka słów z każdym. Wychodziło im to bardzo naturalnie.
Ich amerykański angielski – zresztą mój ulubiony – trafiał celnie w doskonałość fryzur, elegancję kreacji, urodę, kompetencje itp.
Nastomiast ja usłyszałam, że podobno rewelacyjnie gotuję. Atrakcyjny komplement. Nie ma co.
Mniejsza z tym. Ważniejsze dla mnie było to, że zobaczyłam mojego męża właśnie takiego jakim jest. Precyzja we wszystkim zachowana.
Ja bym tak nie potrafiła. Choć swoim brakiem przygotowania do tego spotkania wywołałam u niego złość. Prawdziwa negatywna emocja. Szkoda tylko, że sobie nie krzyknął. Pocieszam się, że chociaż wściekle popatrzył …

Jakiś czas temu klient zlożył skargę na dział reklamacji. Zdecydowanie wymagał w niej zwolnienia osób zajmujących się jego zgłoszeniem. Zarzucił im nieprofesjonalizm i brak zaangażowania.
Sprawdziłam sprawę. Okazało się, że wszystko odbyło się zgodnie z procedurą i terminem z karty gwarancyjnej dostawcy. Poprosiłam, by taką informację przesłać do klienta.
Jemu to oczywiście nie wystarczyło. Przyniósł druga skargę, w której żądał abym to ja zmieniła pracę bo się nie nadaję i nie potrafię ukarać winnych.
Odpowiedziałam mu na to, że w codziennym życiu spotyka ludzi tyle prawdziwych nieszczęść. Pożary, powodzie, morderstwa, kradzieże. I trzeba się cieszyć z tego, że nas to nie dotknęło. Drobne uszkodzenie na reklamowanym elemencie nie może przeciez być przyczyną zwolnienia kogokolwiek z pracy. Ci ludzie mają domy, rodziny, kredyty. Zapytałam czy naprawde tak łatwo przyszłoby mu zniszczyć komuś życie?
Odpowiedział, że jestem nawiedzoną katechetką i obiecał, że już długo nie popracuję.
Mam dość ludzi. Szczerze.



Maryś i Kajtuś. Nowi mieszkańcy domu. Nie można ich przytulić, pogłaskać. Można natomiast gapić się, gadać i karmić.

Na wyświetlaczu ZZ.
- No? – odbieram bo muszę.
- I co, wyrobiłaś – słyszę sztucznie przyjazny głos – Kwartał zamknięty. Premia na dziesiątego. Skąd w takim małym mieście taka duża koniunktura?
- Jeszcze coś? – pytam przecierając jednocześnie miękką bawełnianą ściereczką szare zabrudzenie na oprawionej ekoskórą skrzyni biegów.
- Co się wkurzasz? Chciałem tylko pogratulować.
- Jasne. Kończyć muszę, właśnie zielone się zaświeciło, pa – odkładam telefon.
Nie cieszy mnie ani wyrobiony plan, ani premia, ani zupełnie nic co związane jest z pracą.
Miałam chyba jeden z trudniejszych tygodni. Pełen konfliktów, spięć, nieprzespanych nocy, dni poza domem, braku uczuć. Tak walczyłam o ten koniec kwartału. Tak chciałam udowodnić, że wciąż błyszczę. Premią zapłacić za meble do sypialni. I jeszcze jakieś tam bzdury mną kierowały.
Wciąż nie mogę sobie poradzić z odróżnianiem dobra od zła. Jak się zapędzę to koniec. Rozmawiam z ludźmi i nie widzę w nich nic oprócz korzyści.
Wracam do domu naładowana złą energią. Wściekam się o miski w zmywarce, mokre ręczniki, zamknięte okna. Czasem nawet mówię coś podniesionym tonem. Wszystko to trafia na najlepszy firewall. Nie przedostaje się, odbija i wraca do mnie doprowadzjąc prawie do łez.
[...gdybym mogła się wyryczeć...]
Dostałam od natury delikatną skórę, białe zęby, proste nogi i straszne poplątanie w głowie. Równowaga sprawiedliwie zachowana?