Za bardzo lubię bigos. Znów ugotowałam wielki garnek. Jem. I jem. I jem. Mrożę. Potem znów zjem. To straszne – nie tyję. Marzenie jest. Chcę mieć więcej sadła w biodrach. Nie znoszę być szczupła. Ciagle wierzę, że im więcej upiekę, usmażę, ugotuję, zaprawię, wymieszam – tym szybciej stanie się ze mną coś bardziej okrągłego.
Kiedyś napisałam, że jedzenie pochłania lwią część z budżetu domowego, i że dieta byłaby dobrym sposobem na oszczędności. Wtedy ktoś w komentarzach napisał, że to dieta jest droga. Nie pamiętam kto, i nie chce mi się szukać tej notki, ale współczuję pustej lodówki wobec tego.
Odkąd powstał folder o zwiewnej nazwie b u d ż e t wrzucam do niego kopie paragonów z każdego miesiąca. Daje mi to naprawdę klarowny obraz. W naszym domu staropolskim żarłokiem jestem ja. I tylko ja.
Jedzenie miesza mi się w głowie z wieczorną samotnością … Nie lubię szumu badyli na polach. Bardzo nie lubię być nocą sama w domu. To, co podpowiada mi moja wyobraźnia jest podłe. Czasem nie chciałabym znać połowy własnych myśli.
A może poddać się hipnozie i spróbować dotrzeć do źródła lęku. Gdzieś przecież jest przyczyna. Cudownie byłoby wyleczyć się z tej uciążliwej walki o wolną od strachów głowę.
Nie potrafię jednak pójść tak po prostu do jakiegoś specjalisty w tej dziedzinie i przyznać się, że wcale nie jestem z kamienia. Muszę przecież być.
Kilka dni temu spotkałam na ulicy ciocię Lusię. Szła aktorsko zgarbiona stukając laską o płyty chodnika. Obok niej maszerował Tomek, nastoletni wnuk.
Mój widok narysował na twarzy cioci cierpki grymas.
- Dzień dobry – bąknęłam.
- Alicja, o tej porze porządni ludzie pracują – usłyszłam na przywitanie.
Pomamrotała coś jeszcze i gdy już chciałam uciekać lekko szarpnęła mnie za ramię niemal rozkazując:
- Daj coś Tomku. On taki biedny a tu się szkoła zaraz zaczyna.
Tak mi się jakoś ta historia nasunęła w związku z kamieniem zamiast serca.
Bardzo trudno jest być dobrym człowiekiem. Mnie jest bardzo trudno. Gdybym tak miała zebrać wszystkie dobre uczynki, których dopuściłam się względem innych, to na pewno nie przeważyłyby tych złych. Dlaczego tak sie dzieje? No pewnie dlatego, że naturę mam pełną suchego piachu.
Choć dzisiaj poczułam lekkie ukłucie sentymentalne.
Lala wzięła ślub, na który nie pojechałam. Jednak myślami byłam w katedrze na ulicy Długiej około czterystu pięćdziesięciu kilometrów stąd. Takie wydarzenie (czego by nie niosło potem za sobą) warte jest zapamiętania.

Poddaję się. Upał mnie dziś zwyciężył. Zamykam się w domu do poniedziałku. Nie chcę już słońca, braku oddechu, piekących oczu.
Przede mną dwadzieścia dwa litry wody BonArt i owocowa z wiśniami.

Pani Halinka. Od kilku tygodni pomaga mi opiekować się babcią. I ja widzę, że babci ta opieka doskonale służy.
Mam spokojniejsze dni i sny wiedząc, że jest ktoś taki.
Znalazłam panią Halinkę z polecenia. Ktoś znajomy ją znał, wiedział, że nie ma pracy, a po piętnastu latach ZUS zabrał jej rentę.
Kiedy spotkałyśmy się pierwszy raz zrobiła na mnie wrażenie osoby niezywkle skromnej, delikatnie uśmiechnietej i szczerej. Zresztą to wrażenie utrzymuje się do dziś.
Odkąd przychodzi do babci w mieszkaniu zrobiło się słoneczniej, częściej pachnie obiadem i spokojem.
Na pewno podjęła się tej pracy dla pieniędzy. Wydaje mi się jednak, że polubiła babcię. O to martwiłam się najbardziej. W końcu babcia skończyła dziewięćdziesiąt osiem lat. I choć jest w stu procentach samodzielna i sprawna fizycznie jej postrzeganie świata ma zupełnie inny wymiar. Świetnie odnajduje się w obecnej rzeczywistości choć nie do końca chce się z nią zintegrować.
Tak się bała kogoś obcego we własnym domu. Myślę sobie, że teraz nie wyobraża sobie dnia bez pani Halinki.
Dobrze, że los łączy czasem tak trafnie ludzkie ścieżki.


W Rewalu jak zwykle mnóstwo Niemców i Górali. Kolorowe straganiki pełne bursztynowych piramidek i matowych muszelek nawleczonych na żyłkę. Kręcone lody. Pyszna sola z cytryną. Czysta plaża. Morsztyn pełen jodu. I rewelacyjnie ciepłe morze.
Pełna alkoholizacja, spalone ramiona, odwlekanie powrotu. Nic nowego. Jednak fajnie.

Mamy totalne szaleństwo w firmie. Klientów masa, tabele z targetami zaczęły wskazywać już ponad sto pięćdziesiąt procent wyrobionego planu.
Taki stan rzeczy w okresie wakacyjnym był do przewidzenia.
W tym całym cudownym przeludnieniu odbieram telefon od młodej klientki, która dwa dni wcześniej podpisywała u nas umowę. Zdecydowanym, cierpkim głosem oznajmia mi, że nie została powiadomiona o możliwości czegoś tam czegoś i absolutnie wymaga w tej sytuacji ekspresowego aneksu do umowy.
Oczywiście podpisała się czytlenie na trzech stronach umowy wczesniej ją czytając … ale to w zasadzie nie ma większego znaczenia.
Tłumaczę jej, że owszem ma. Jednak nie chcę generować niepotrzebnego konfliktu.
- Mąż podejdzie do państwa po piętnastej by podpisać oświadczenie – oznajmia mi na koniec rozmowy.
- Dzisiaj mamy już wszystkie terminy umówione.
- No jak to!! Ja wymagam!!!! Zostawiłam u was wystarczająco dużo pieniędzy!!!!
Odkładam na chwilę słuchawkę, by młoda pani wykrzyczała się w przestrzeń kosmiczną i gdy słyszę już nieco spokojniejsze rytmy decyduję się na wypowiedzenie ostatniego zdania:
- No dobrze, niech mąż przyjdzie. Coś wymyślimy, by mógł jeszcze dziś podpisać oświadczenie.
Oto nadchodzi godzina szesnasta. Między klientów wciska się szczupły chłopaczek w białej koszulince szczelnie zapiętej pod szyją. W ręku dzierży teczuszkę i odręcznie sporządzoną notatkę, którą wręczyła mu waleczna żona.
- Proszę chwilę poczekać – zapraszam go na krzesełko w korytarzu.
Nie ma miejsca nawet przy moim biurku. Stażystka tam właśnie kończy obsługiwać
spokojną rodzinę prawie Połanieckich.
Po kilkunastu minutach zapraszam chłopaczka i podsuwam pod mały nos oświadczenie w dwóch egzemplarzach.
Czyta, czyta, czyta, czyta (dosłownie cztery zdania) i wreszcie podpisuje.
- A czy mógłbym prosić o jakąś twardą okładkę do tego dokumentu. Poruszam się komunikacją miejską a to stanowi pewne zagrożenie dla schludności tego aneksu.
Nie no, jestem cierpliwa. Jednak nie aż tak bardzo jakbym chciała.
- Nie mam takich okładek – odpowiadam mega łagodnie.
Żegnam się z chłopaczkiem, na którego szczupłym palcu wije się cieniutka platynowa obrączka.
Wychodzi nieco zdegustowany brakiem twradej okładki. Nie zdołałam go niestety zaspokoić w odpowiedni sposób.
Ta historia jednak nie ma szczęśliwego zakończenia.
Wracam już do domu. Praca za zamkniętymi drzwiami. W zmieniarce
feel you …Korek na Walczaka jest idealnie mały. I dzwoni telefon.
- Proszę pani – słyszę w słuchawce – Jesteśmy z mężem strasznie rozżaleni zaistniałą sytuacją.
Mówiłam pani, że mąż przyjdzie po oświadczenie o piętnastej. Tymczasem musiał czekać prawie godzinę na KORYTARZU. Do tego dostał dokument bez twardej oprawy. I to w dwóch egzemplarzach. Mi zależało na trzech!
Złożę na was oficjalną skragę!!!!!!!!!

Wczorajsze imieniny Anety. Trzy blachy ciasta. Kawa sypana parzona i pachnąca.
Po szesnastej wódka, koreczki i bardzo głośne śpiewanie Sto Lat.
Impreza z prawdziwym, trochę już zamierzchłym smakiem.
Musiałam wyjść przed końcem zabawy więc nie wiem jak się skończyła.
Myślę jednak, że jeśli szef ochrony budynku nie zadzwonił do mnie z pretensjami, to wszystko było ok.
I dobrze. Takie klimaty są potrzebne. Łatwiej się zintegrować. Polubić. W przyjaznym klimacie praca ma zupełnie inny wymiar.
Naprawdę bardzo dobrze pracuje mi się z tymi ludźmi.
W końcu na początku lipca minęły już dwa lata. To wystarczający czas na to, by zapuścić korzenie.
Przyzwyczajenie i emocje.
Para idealnych uczuć – baza.

Sezon ogórkowy …
I pomyśleć, że nie tak dawno dawałam przepis na małosolne Jarkowi.
Nie tak dawno, czyli rok temu.
Zbyt szybko mija czas. Nawet w blogowym światku.

Wczorajszy mecz zachęcił mojego sąsiada z góry do rytmicznego wbijania się w parkiet. Przez chwilę miałam wrażenie, że wpadnie do mojego łóżka razem ze starannie wyszpachlowanym sufitem.
Podwójna akcja Włochów bardzo go podnieciła.
Rano zobaczyłam przez kuchenne okno jak zbyt poważny z olbrzymią teczką pełną waznych dyrektorskich dokumentów wsiadał do swojego ładnego auta. Kibic idealny.

Postanowiłam dzisiaj iść do pracy pieszo. Z mojego końca świata do centrum to prawie maraton. Jestem szczęśliwa na samą myśl o dobroczynnym wpływie porannego spaceru … na pośladki na przykład.
Póki co siedzę i się nie ruszam. No, zobaczymy.

Wyjechali. Na wakacje. Zielone.
Kilka ubrań, z których w ostatniej chwili zrezygnowali. Leżą na kanapie.
Pomidor pokrojony w równe plasterki nie ruszony.
W rmfie wiadomości.
Wiem, zadzwonią jak dojadą. Tylko już tęsknię …
Pojadę do pracy. Wskoczę na głęboką wodę pełną wirów i groźnych prądów.
Wieczór spędzę z Kremlowskimi żonami.
Dziwne to lato.