Wybieranie materaca okazało się dla mnie bardzo trudne.
Mąż już po po kilku minutach wiedział jaki model chce. I zdecydował się na wielofunkcyjne stelaże. Mnie oglądanie próbek, analizowanie możliwości i CEN pochłonęło.
Jak już jakiś wydawał mi się najbardziej odpowiedni okazywało się, że kosztuje majątek. Z drugiej strony nie chciałam takiego, do którego nie byłabym przekonana.
Przedstawiciel producenta zaproponował mi, że mogę wziąć model na dwa tygodnie i jeśli się nie sprawdzi wymienię sobie na inny.
- No dobrze – zdecydowałam się.
Przy okazji zmieniliśmy rozmiary. Do tej pory wystarczało nam metr sześćdziesiąt.
Tym razem oboje wybraliśmy dwie dziewięćdziesiątki. A za tym szedł zakup nowego, szerszego łóżka.
W czasie miesięcznego oczekiwania na zamówione materace będę musiała przemierzyć internet w poszukiwaniu łóżka, nowych komód i stolików nocnych.
Ostatecznie zakup wymknął się poza ustalone ramy. Mimo to jakoś tak dziecinnie cieszę się na nową sypialnię.

Pierwsze wakacyjne poranki sprzed lat kojarzą mi się z bzykotem much, które radośnie śmigały pod sufitem.
Budziłam się w jasnej bawełnianej pościeli i leniwie spogladąłam przez okno na niebieskie niebo.
Potem człapałam do kuchni, w której tata zostawiał dla mnie kanapki między dwoma talerzykami i herbatę w żółtym termosie.
Zabierałam jedzenie do pokoju, włączałam telewizor i oglądałam Niebieskie lato. Po serialowym śniadaniu wyszukiwałam sobie jakieś mało ważne kolorystycznie i stylistycznie ubranie. W międzyczasie tata dzwonił:
- Wstałaś już?
- Tak.
- Co będziesz dzisiaj robić?
- Pójdę na rower. Przed blok.
I szłam na rower z moimi koleżankami sąsiadkami.
Albo na koc rozścielony na trawniku.
Potem kolonia w NRD i dwa tygodnie z babcią u cioci Stasi w Wodzisławiu.
Tak było w podstawówce.
W liceum wakacje zaczynały się od spania do południa. Potem przychodził Daniel. Pomagał mi odkurzać i gotować obiad dla taty.
Wieczorem siedzieliśmy ze wszystkimi na ławce przed blokiem.
Potem on wyjeżdżał z rodzicami do ciepłych krajów a ja na obóz do jakiejś super polskiej dziury zabitej dechami, w której było tak fajnie, że nawet z tęsknoty nie chciało mi się wracać.
Pamiętam też świetne letnie wieczory spędzane z Olka i Klaudyną na wędrówkach po mieście. Potrafiłysmy tak iść i iść i gadać gadać gadać.
Kiedyś wybrałyśmy się stopem do Kołobrzegu. I tak się jakoś ułozyło, że zabrali nas z drogi właściciele radia z Jeleniej Góry plus jakaś topowa kapela disco polo.
Jaka to była podróż. Chcieli nam nawet dać autografy ;)

Nie ma już takich wakacji.

Czereśniowe kompoty. I truskawkowy dżem. Od rana. W słoikach zamykam lato.
Kuchnia pachnie niesamowicie.

18,15
Zadania na dzisiaj wykonane. Ślady po przetworowym szaleństwie usunięte. Kuchenna podłoga znów sterylnie czysta.
Przez chwilę miałam jednak wrażenie, że owoce na stałe zagnieździły się w fugach między kaflami.
Posadzka w przedpokoju też przetarta.
Momentalnie wyschła od żaru, który wpadał z wiatrem przez okna.
Niezbyt dobry pomysł na gotowanie w taki upał – jednak najlepszy czasowo z tych, które miałam do wyboru.
Satysfakcja wynagradza fizyczne zmęczenie.
Słoiki wypełnione czerwcową czerwienią. Ład i porządek. Intensywny zapach różanego preparatu do czyszczenia mebli drewnianych.
W międzyczasie sto rozmów telefonicznych. W tym jedna z mężem, który utknął gdzieś tam w korku i pewnie już dzisiaj nie przyjedzie do domu.
Przypomniał jednak, że na jutro jesteśmy umówieni z przedstawicielem Sembelli – producenta super materacy.
Wymyśliłam sobie, że kupimy nowe materace do sypialni. Zaplanowałam, że premię za kolejny wykonany plan przeznaczę na zdrowy i komfortowy sen.
Mąż uparcie twierdzi, że materac, który mamy jest bardzo dobry. Mnie się jednak wymarzyły dwa lateksowe, na osobnych stelażach.
I dlaczego mam nie spełnić tego marzenia …
Póki co poleżę sobie na kanapie i poczytam pożyczoną od babci książkę o właściwościach aloesu, który z powodzeniem udało mi się wyhodować w żółtej donicy.
I oczywiście wypiję najmocniejszą kawę europy wschodniej, zachodniej i środkowej – pierwszą dzisiaj.

Od: …
Data: 2006-06-22 12:09
Do: Alicja75
Temat: =?ISO-8859-2?Q?nie wiedzia=B3em?=
rozwiń nagłówek


Alu

naprawdę nie wiedziałem, że jednak masz blond włosy uplecione w misterny kok

nie wiedziałem, że przed tańcem z Tobą, bedę musiał przejść swego rodzaju test – na to, czy się do
tańca nadaję

nie wiedziałem (przypuszczać mogłem) , że dobrze nam się z sobą tańczy – sprawdzone.

że uśmiech masz ładny – wiedziałem, ale przekonałem się o tym ponownie.

jak, gdzie?
dzisiaj w nocy – śniłaś mi się – właśnie w takich okolicznościach.

Ulicą Walczaka jedzie się na jedynce i cały czas bacznie obserwuje światła stopu auta z przodu. Po deszczu asfalt jest szczególnie śliski. Tylko nie każdy bierze na to poprawkę. I tak oto w korowodzie audi zahamowało, ja za nim a na mnie mazda. Pas utrzymał moje ciało
bez problemu w fotelu. Odetchnęłam, zaciągnęłam ręczny i wysiadałam z samochodu. Na szczęscie zderzak nie był nawet zadrapany. Za to tablica rejestracyjna mazdy zgięła się do środka.
Właścicielka auta, które uderzyło w moje wykrzyczała, że zbyt gwałtownie zahamowałam.
Odkrzyczałam jej, że zadzwonię po policję i oni ustalą czyja jest wina.
Trochę ją to uspokoiło.
- Najważniejsze, że nic nam się nie stało – powiedziała znacznie ciszej.
- Właśnie. Wystarczy zwykłe przepraszam – odpowiedziałam wycofując się do auta.
Na ulicy przybywało samochodów. Pomyślałam, że najrozsądniej będzie odjechać.
Kierowca audi, który uczestniczył w tym wszystkim jako wolny słuchacz, powiedział coś odtwórczego o warunkach na drodze. Pani z mazdy obsztorcowała go ostro. Zaczęli się kłócić.
Z najzwyklejszej na świecie mikro stłuczki wygenerowała się mega afera.
Kiedy wreszcie udało mi się stamtąd odjechać potwornie rozbolała mnie głowa.
Zatrzymałam się na pobliskim parkingu przy firmie, w której pracuje mój mąż i poszłam się wyżalić.
Mąż najpierw zapytał czy nic mi się nie stało a potem poinstruował, że należało spisać dane pani z mazdy i na wszelki wypadek pana z audi jako świadka.
Jakoś w ogóle o tym nie myślałam w tamtym momencie.
Wszytko wydało mi się takie mało ważne.
Za wszelką cenę staram się unikać niepotrzebnych stresów.
Auto całe. Ja cała. Nie było sprawy.

Podjęta kilka dni temu decyzja o tym, by pozwolić klientowi na rezygnację z naszych usług i towarów odbiła się szerokim echem w firmie.
Dyrektor operacyjny przyjechał tylko po to, by usłyszeć jak tłumaczę powód, dla którego pozwoliłam anulować tak dobrą umowę. Emocjonalne argumenty tak naprawdę nie dotarłyby do niego. Nie było sensu przyznawać się do posiadania serca.
- Takie sytuacje stanowczo trzeba wyjaśniać! – dyrektor wściekał się.
- To wszystko skończyłoby się w sądzie. Facet zupełnie nie nadawał się na naszego klienta – wyrzuciłam z siebie jednym tchem.
- Prawo było po naszej stronie.
- To miasto jest za małe na takie afery. Nie potrzebuje tu żadnych antyreklam – próbowałam się zimno bronić.
Posiedział, pomyślał i w końcu syknął:
- Takie decyzje powinnaś jednak ze mną konsultować.
Jeszcze chwilę stosowaliśmy słowną przepychankę. Nie mogłam mu ustąpić. Niezależność poglądów i decyzji jest dla mnie bardzo ważna.
W końcu dyrektor dał się przekonać …

,,,

Wieczorem Warta pachnie latem. Wysokie trawy, bobry, wędkarze, młodzież z piwem, żule wyłudzający papierosy.
Posiedzieliśmy trochę na betonowych schodach prowadzących wprost do rzeki.
Na drugim brzegu spokojnie. Remont mostu uniemożliwia przejazd. Ludzie przechodzą przez kładkę.
Cywilizacja w takich miejscach odpuszcza …

Na polach cisza. Ani aut. Ani ludzi.
Przez uchylone okno wkrada się potworny żar. Kwiaty w drewnianych donicach męczą się na balkonie. Mógłby spaść deszcz.
Z telewizora odgłosy meczu.
Na półmisku resztki mięsa z obiadu.
W lodówce galaretka, na którą nikt nie ma ochoty.
Myślenie nie ma szans. Wszystko dzieje się w jakimś takim przyjemnie wolnym tempie.
Brakowało mi właśnie takiego popołudnia.

W drodze z Zielonej zatrzymaliśmy się z Maćkiem w krokodylim barze. Maleńki chiński kucharz mówił z bardzo satyrycznym akcentem. Ogólnie o wszystkim, tylko nie o tym, co można zjeść.
Napiliśmy się tam jakiejś dziwnej herbaty i wymusiliśmy naleśniki.
Potem całą drogę głupio się śmialiśmy.
Dopóki nie dojechaliśmy do naszego miasta, w którym na każdej ulicy trwa remont a korki ciągnące się kilometrami zabijają w kierowcach ludzką naturę.
Mam wyrobiony nawyk, że ze skrzyżowania po prostu się ucieka. Znajdujesz luke, wjeżdżasz i znikasz dając szansę, by ten za toba też zdążył.
Dla niektórych jednak to jest za ciężki tok rozumowania. Wrotki mogłyby być dla nich zbyt szybkie.
Nie cierpię na drodze ślimaków. Wylkinam na czym świat stoi.
Czasem mam ochotę przywalić w kogoś, kto wlecze się przede mną … a już szczególnie gdy zaczynam wyprzedzać … a baran lub baranica przyspieszają bo nagle się w nich ambicja obudziła.
Ostatnio jazda w mieście stała się beznadziejnie stresująca. Choć to pewnie ja jestem szczególnym nerwusem … do olbrzymiej potęgi.
Zauważam w sobie niepokojąco szybko budzącą się agresję.
A odreagować nie ma gdzie. I czasu na to brak.

kolejny

I tak nam mija siódmy rok.
Ja podchodzę do kolejnej rocznicy z sentymentem. Mąż z uśmiechem.
Jego podejście pomija wymiar dat.
Pewne szczegóły dopracowaliśmy perfekcyjnie. Pewnych nigdy nie dopracujemy.
Wiem jedno – dobrze być razem.