praktyki

Od pierwszego majowego czwartku rozpoczynają się praktyki zawodowe dla uczniów z ekonomika.
W biurze znów królować będą gołe brzuchy, mp3 i guma do żucia.
Chciałabym żeby się jednak czegoś u nas nauczyli. Nie formułek. Nie wewnętrznych procedur. Nawet nie przewidzianego dla nich zakresu wiedzy fachowej.
Zależy mi natomiast żeby naturalnie zmotywować ich do działania. Chciałabym by poczuli, że chcą. Organizacja przedsiębiorstwa handlowego nie musi być pasją. Jednak poruszanie się w nim bez niepotrzebnego bagazu negatywnych emocji daje olbrzymią statysfakcję.
Rozpisałam dla nich bardzo atrakcyjny plan szkolenia.
Pominęłam liczby piętrzące się w wykresach targetów. Skupiłam się na pochwałach, cechach, korzyściach. Trudnym kliencie. I trochę na reklamie, która ostatnio bardzo mnie wciąga.
W jednym miesiącu zamknęłam im rok budżetowy. Mam nadzieje, że się nie znudzą. I przede wszystkim, że się zainteresują …

Jeden ptaszek leżał martwy tuż przy drzwiach. Drugi siedział na biurku i robił małe czarne kupki na klawiaturę.
Na nasz widok poderwał się i próbował fruwać po małym pomieszczeniu biura.
- Sprzątaczka znów nie zamknęła okna na noc – Iza wściekła się bo to właśnie z jej biurka ptaszek zrobił sobie toaletę.
To jednak nie było aż takim problemem. Mielśmy przecież martwego wróbelka …
Zadzwoniłam do sanepidu. Tam dostałam numer do weterynarza. Weterynarz skierował mnie do jakiejś prywatnej firmy zajmującej się zbieraniem martwych ptaków w mieście.
Przedstawiciel tej firmy pojawił się u nas po kilkunastu minutach. Wścieknięty, obrażony i w ogóle jakiś z innej bajki. Wykrzyczał całą prawdę o ptasiej grypie, która nie istnieje.
Załadował martwego ptaka do foliowego worka. Dorzucił tam chwile potem latającego. Zamknął worek i znikł.

szydło

Właściwie to zła jestem, że mój mąż już dawno zadbał o wejściówki na mecze naszej drużyny.
- Skąd mogłam wiedzieć? – warknęłam widząc jak bawi się biletem z tym swoim nic nieznaczącym uśmiechem – Wszystko przez to, że ze mną nie rozmawiasz.
Odpowiedział, że totalnie go zaskoczyłam. Bardzo pozytywnie. I chętnie zabierze mnie na mecz.
- No tak, mamy przecież o jeden bilet za dużo – podsumowałam – I wiesz – dodałam jeszcze – Mogłam ci kupić chomika.
Roześmiał się bardzo głośno.
I to by było na tyle jeśli chodzi o prezenty urodzinowe.

B Y K

Kolejne urodziny mojego męża bez paniki.
Świadome odbieranie kwiatków od koleżanek z pracy. Kilka butelek wódki od kolegów.
Obiad w mieście.
Chwila na kanapie.
I do północy praca.
Wsunęłam mu pod poduszkę bilet na mecz Polska – Ekwador.
Wiem, że taki prezent na pewno go uszczęśliwi.

poranek na stacji benzynowej

- Hot doga proszę.
- Z parówką czy z kiełbasą?
- Z kiełbasą.
- Trzy dziewięćdziesiąt dziewięć.
- O, a z colą w zestawie pięć osiemdziesiąt. To poproszę zestaw.
- Nie może pani.
- Dlaczego?
- Bo już nabiłem samego hot doga.
- No i co?
- No i z colą musi być nabity zestaw.
- To ja rezygnuję z hot doga.
- I co ja z nim zrobię?
- Sprzeda mi pan w zestawie.

murek

Nie lubię Wrocławia za korki i stracony w nich czas. Nie lubię świateł co dziesięć metrów. Wciskających się na styk taksówek. Policyjnych aut, które przebijając się przez zapchane miasto używają koguta i oszukują wszystkich,że spieszą się do jakiegoś istotnego przestępstwa.
Nawet słońce, które wpadało przez otwarte szyby bardzo mnie drażniło.
Pomijając jednak to wszystko – udało mi się spokojnie przertwać ostatnie szkolenie i zdać bardzo powierzchowny test. Teraz sama mogę szkolić, więc wszystkich będę zapraszać na sesje do mojego miasta.
Dosyć mam już podróży. Zmęczona jestem widokiem wstawającego dnia gdy wyruszam i uśpionego gdy wracam.
Pobyć w domu. Tylko tyle.

real

Za kilka dni jadę na szkolenie do Wrocławia. I właściwie taki wyjazd nie miałby żadnego znaczenia. Postanowiłam jednak skorzystać z okazji i spotkać się z jednym z blogowych znajomych.
Przez ostatnie dwa lata były maile, zdjęcia, telefony i gg.
Fajnie będzie się wreszcie zobaczyć na żywo – choć spotkanie nie potrwa długo.
Myślę sobie, że bardzo często blogowy wizerunek zdecydowanie mija się z rzeczywistością.
W naszym przypadku już za bardzo nie ma czego konfrontować, ale może czeka nas jakieś zaskoczenie.
Oczywiście żadnych podtekstów, jakiś niewłaściwych emocji i takich tam bzdur.

pstryk

Wyobraź sobie, że mąż to jedyna osoba na świecie, która zna twoje pragnienia.
Wie jakiego koloru szczoteczki do zębów uzywasz. Zna krój ulubionych majtek i spódnicy. Wie, że masz nawyk rzucania torby pod szafkę z butami. Chowasz cukiernicę do zmywarki. I objadasz się na noc migdałami.
Doskonale pamięta, na którym momencie Pretty Woman się rozpłaczesz.
Jest prawdopodobnie jedyną osobą, która słyszała jak bekasz. Widziała twoje nie ogolone nogi. Budziła się gdy mówiłaś przez sen.
Zna nie tylko twoją psychikę ale też każdy najdrobniejszy kawałek twojego ciała. Zapach skóry.
Wyobraź sobie teraz, że właśnie z mężem dzielisz też prozaiczne chwile w życiu.
Wspólne rachunki za prąd. Podwyżkę czynszu. Zepsutą lodówkę. Wakacje w cieplejszym klimacie. Rozmowy o pracy. Ból głowy.
Wydaje ci się, że nikt nie może znać cię lepiej. Być bliższy.
I nagle ktoś zupełnie obcy sprawia ci przykrość. Mówi jak bardzo jesteś zła, okrutna, bez serca. Wmawia, że oprócz zarabiania nie liczy się dla ciebie nic więcej. Jesteś bezwzględna i nie masz uczuć. Powtarza to kolejna osoba. I kolejna.
Od tych słów łapiesz doła. Masz zły nastrój. I jest ci przykro.
Idziesz więc do ukochanego męża, opowiadasz mu wszystko i czekasz aż temu zaprzeczy. Wie przecież, że taka nie jesteś.
On jednak nie zaprzecza.
I wtedy otwiera się otchłań.

m+

W południe gryzłam ziarenka i pękł mi ząb. Koszmarne uczucie. Dzisiaj ósma trzydzieści wizyta w zielonym pokoju pełnym bzyczących wierteł.
Poza tym okna. Najpierw purem. Potem clinem. A firanki w vanishu. Łatwo powiedzieć „firanki” o dwudziestometrowym
zwoju. Chciałam gęsto marszczone – mam.
Fajny ten nastrój przed świętami. Choć w tym roku nie będzie nas w domu, kilka rzeczy tradycyjnie przygotować muszę.
Mazurka upiekę w sobotę. Do poniedzałkowego wieczora nabierze odpowiedniego smaku.
Bigosu nie będzie ponieważ nikt oprócz mnie w naszym domu go nie je. Śledzi też nie. Za to w piątek panga. Z drobno siekaną kapustą pełną kolorowej marchewki i sosu majonezowego.
Wymieniamy się w pracy przepisami i doświadczeniami kulinarnymi. To jest mój temat. I Anety. Iza woli żeglować wśród największych orgazmów świata.
Tak się nam układają fantazje na różne tematy. Bardzo lubię atmosferę, która teraz panuje. Jakiś taki niesmaczny etap konfliktów generowanych przez niezadowolone osoby minął.
Pewnie dlatego, że niezadowolonych osób już nie ma.
Rafał czasem dzwoni by pochwalić się swoimi osiągnięciami u Nowych Panów.
Od kilku dni umawiamy się na obiad … ale jakoś tak nieskładnie.
Gdzieś się nam te nasze terminy zawodowe mijają.
I to zwykłe jest bardzo.

powroty

Zaparkowaliśmy jednocześnie na małym parkingu przed blokiem, w którym przeżyliśmy tyle wspólnych chwil.
Przypadek zdecydował, że znów się spotkaliśmy. Daniel i ja. Ucieszyłam się bardzo.
- Cześć – ruszyłam w jego stronę potykając się na dziurawej ulicy.
- Alicja – ten jego szarmancki ton i delikatny uścisk dłoni.
- Nie dystansuj się tak – powiedziałam tuląc policzek do jego szorstkiej marynarki.
Poczułam smukłe palce we włosach. Tylko przez chwilę. Nie mógł się jednak przełamać.
Za to pani Berecikowa prawie wypadła z trzeciego piętra bacznie śledząc nasze przywitanie.
- Tutaj czas stanął w miejscu – zaśmiałam się.
- Obiad u taty? – Daniel spojrzał w stronę naszych kuchennych okien.
- Obiad u mamy? – zapytałam w odpowiedzi.
- Pierwszy w tym roku.
- Brak czasu?
- Pracuję. Daleko stąd.
- Zawsze ciągnęło cię gdzieś tam.
- Tam mam więcej niż tutaj.
Znów był taki smutny. Zamyślony. I unikał patrzenia mi w oczy.
Coś potrafi bardzo rozdzielić dwoje tak bliskich sobie kiedyś ludzi.
W czasach, kiedy dzieliła nas tylko betonowa ściana nośna postawiona prosto między naszymi pokojami, nocą słyszałam bicie jego serca.
I szeptałam mu bajki do kaloryfera, na którym suszyły się nawleczone na kolorowe nitki jabłka.
Tyle rzeczy robiliśmy razem. Tyle pierwszy raz w życiu.
Teraz obcy sobie. Nawet na cień przyjaźni nie było już szans.
- Co u ciebie, Alicja? – rzucone kurtuazyjnie pytanie.
- Bardzo duzo – odpowiedziałam z udawaną egzaltacją w głosie.
- Szczęśliwa?
I o co on mnie pytał. O szczęście …
- Chodź – wzięłam go za rękę i pociagnęłam za sobą w stronę placu zabaw.
Gęste krzaki, w których kiedyś bawilismy się w chowanego, o tej porze roku świeciły tylko maleńkimi, prawie niewidzialnymi pączkami.
Jednak odrapana ławka nadal stała.
Usiedliśmy. Początkowo cisza. Potem szept Daniela:
- Nie rób mi tego znowu.
- Przestań. Potrzebujesz nie w zupełnie inny sposób.
I tak nam minął czas obiadu. Telefony dzwoniły. Wiatr rozwiewał mi włosy. Daniel się uśmiechał.