krótko

Prawie każdego ranka jestem w katedrze. Na palcach – by nie budzić świętych mocno stukającymi obcasami – podchodzę do ołtarza. Potem klękam i zanoszę szeptem swoje troski, podziękowania i prośby.
Chciałabym być delikatniejsza dla ludzi. Mniej złośliwa. Wyrozumiała. Nikogo nie oceniać. Nie ranić.
Modlę się o to żarliwie.
Chwilę potem znajduje mnie świat po drugiej stronie ciężkich drzwi kościoła.
I znów muszę liczyć do miliona by powstrzymać negatywne emocje.
Pracuję w warunkach, które w żaden sposób nie sprzyjają łagodności.
Często ponoszą mnie nerwy, przeklinam, wydzieram się, rzucam słuchawką, walczę aż poleje się krew.
Praca bardzo mnie zmieniła. Spowodowała nieodwracalne zmiany w mojej głowie.
Tłumaczę sobie, że wiem czego chcę.
Tylko jaka tak naprawdę jest cena moich pragnień i kto za nie zapłaci.

zakup

Ostatnia para w rozmiarze 38.
Tak tania. Żal było zostawić ją na sklepowej półce.
Kupiłam choć pewnie nigdy ich nie założę.
Na szczęście nie obiecywałam sobie, że nie ulegnę wyprzedażowemu szaleństwu. Więc swobodnie ulegam.
Nie zastanawiając się głębiej czy to sprzedawcy robią klientów w konia czy to klienci z uporem wierzą, że uda się znaleźć w wyprzedażowym śmietniku jakąś perełkę.
Jedno jest pewne – wyprzedaże bywają prawdziwą okazją. Na wydanie pieniędzy.

mrozek

W biurze od kilku dni nie ma ogrzewania. Padł piec w kotłowni.
Właściciele budynku walczą ze sobą o to, który ma zapłacić
za naprawę.
Wadliwa instalacja elektryczna nie pozwala na podłączenie nawet jednego
konwektora.
Dlatego marzniemy. Kichamy. Smarkamy.
Nikomu nic się z tego zimna nie chce.
Wracam do domu zmęczona.
Mimo to schematycznie wykonuję zadania zgodnie z ustalonym na początku
każdego tygodnia planem.
Dzisiaj ręczne pranie swetrów. Moczę je w różowej wodzie i nie myślę.
Potem tarkuję warzywa do zupy.
Słucham radia.
Gadam chwilę przez telefon.
I biorę najdłuższy prysznic świata.
Na koniec wygodne łóżko z lekko krochmaloną pościelą i burą książką.
Jestem śpiącą królewną.
Czekam na rycerza, który niekoniecznie za sto lat obudzi mnie
namiętym pocałunkiem.

różnice

Jest styczeń. Za oknem poczekalni w poradni onkologicznej śnieg ma najbardziej szary kolor świata.
Pakuję do torby wyniki kolejnych badań. Ubieram płaszcz.
- I jak? – pyta starsza pani, która kilka minut wcześniej wychodziła do toalety i prosiła o pilnowanie kożuszka wiszącego na metalowym wieszaku.
- Bez zmian – odpowiadam.
Uśmiecha się. Choć moje bez zmian dla niej nie znaczy nic.
- Do widzenia – mówię kurtuazyjnie. Tak naprawdę nie chcę już nigdy zobaczyć tych ludzi.
Każda wizyta w tym miejscu działa na mnie bardzo negatywnie.
Gdzieś obok mojego ukochanego świata jest ten, o którego istnieniu nigdy nie chciałabym się dowiedzieć.
Wychodzę na świeże powietrze i próbuję nawdychać się tlenu na zapas.
Usłyszane w poczekalni historie wyrzucam daleko za siebie.
Dzwoni telefon. Odbieram.
- Kocie, co tam u ciebie? Tutaj fantastycznie – mąż entuzjastycznie opowiada o cudownych norweskich fiordach. Telegraficznym skrótem pozdrawia. Informuje o jutrzejszym powrocie i znika w swoim wymiarze.

kierunek

Prawie cały rok siedziałam. Za kierownicą. I za biurkiem.
Z ludźmi rozmawiałam przede wszystkim przez telefon.
Porzuciłam moje ukochane pływanie.
Nie przytyłam.
Skończyłam trzydzieści lat.
Przekonałam się, że biopsja nie boli.
Zachwyciłam A-Ha Analogue.
Konkurs na najczęściej używany przeze mnie przedmiot wygrały kluczyki

tuz przed telefonem i błyszczykiem.
W Nowy Rok wchodzę dziwnie spokojna choć zaczyna się on naprawdę gorąco.