spojrzenia

Bardzo przypadkowo przez oszkoloną witrynę cukierni, w której stałam w kilkuosobowej kolejce dostrzegłam mojego męża. Kilka metrów od cukierni. Przy letnim stoliku Dolce.
- Zwyczajny obiad – szepnął anioł.
- Z ładną kobietą – skontrował diabeł.
Nie mogłam odrwać wzroku od szyby. Patrzyłam jak mój mąż żywiołowo się śmieje. Opowiada coś. I raczej dobrze się bawi.
Ścisnęło mnie w gardle. Wyszłam z cukierni. I ruszyłam jak najdalej.
W głowie kłębiły się dziwne myśli.
Na to wszystko jakaś staruszka zatrzymała mnie kusząc brzoskwiniami z wiklinowego kosza.
Chciałam ją ominąć.
I wtedy usłyszałam tuż za sobą głos męża:
- Alicja.
Odwróciłam się. Stał i patrzył na mnie z leciutkim uśmiechem.
- Dlaczego nie jesteś w pracy? – zapytał.
- Kupowałam rurki – odpowiedziałam idiotycznie.
- Zjesz ze mną obiad? – wskazał wzrokiem na stolik, który chciałam przecież minąć niewidzialna. Oprócz kobiety siedział teraz przy nim nasz wspólny znajomy.
- Nie, wracam do domu.
- Słuchaj, Tomek przyjechał. Z żoną. Pamiętasz ich jeszcze?
- Pamiętam. Przekaż moje pozdrowienia. Spieszę się.
Uciekłam.
Taka właśnie jestem. Z tą wredną skłonnością do wyciągania najgorszych wniosków.
Z tym doszukiwaniem się od razu czegoś czego nie ma.
Chciałabym się pozbyć pesymistycznej strony mojej wyobraźni. Czasem nawet chciałabym się pozbyć jej całej. Nie umieć wyobrazić sobie więcej niż widzę …

BAC

Wizerunek lekarza miałam jakiś taki staromodny. Siwy pan w białym fartuchu i najlepiej w okularach.
Tymczasem w gabinecie przywitał mnie doktor młody, łysawy i obwieszony koralikami. Ubrany w kolorową bluzę z polaru.
Totalnie wyluzowany.
Nawet kiedy leżałam na pościelonym zielonym prześcieradłem łóżku i widziałam jak przygotowuje „wielką maszynę” do biopsji mój starch nabrał innego formatu.
Powiem szczerze – nie bolało nic. Nawet ukłócie.
Pewnie nie dlatego, że akurat ten lekarz mi to robił. A dlatego, że jest to zabieg zupełnie bezbolesny.
Wcześniej się naczytałam. Nasłuchałam. Nawyobrażałam. I bardzo bałam.

Kolejne cenne doświadczenie.

agenda absurdu

„Za szkody spowodowane przez rabunek uważa się zabór ubezpieczonego mienia z zastosowaniem przemocy fizycznej wobec ubezpieczonego albo groźby natychmiastowego jej użycia lub z doprowadzeniem ubezpieczonego do nieprzytomności lub bezbronności.
Jak wynika z raportu policji nie doznała Pani w wyniku kradzieży żadnych obrażeń. Sprawcy praktycznie Pani nie dotknęli. Torba z zawartością została zdjęta z Pani ramienia. W takim przypadku zdarzenie należy traktować jako kradzież zuchwałą. W związku z powyższym zmuszeni jesteśmy odmówić wypłaty odszkodowania.”

Zadzwoniłam do pana, który pod pismem się podpisał i zapytałam czy to żart.
Odpowiedział, że nie …

opóźnienie

„… silne i smutne są tu dziewczyny
nie wiem święte czy nędzne
kiedy się modlą o cud im chodzi
a nie o więcej pieniędzy… ”

Tak mi się jakoś przypomniało gdy weszłam do poradni onkologicznej. W minimalnej poczekalni na drewnianych ławeczkach siedziały kobiety. Takie podobne do siebie.
Takie przestraszone. I takie smutne.
Od razu rozbolał mnie brzuch. Wybiegłam stamtąd.
Nie chcę znać takiego świata. Nie chcę wiedzieć, że istnieje.
Odkładam to wszystko. Na potem.

ograniczenie

Każdego niemal dnia przed pracą zachodzę do Katedry.
Na trzy słówka.
Pod sam ołtarz.
Z dobrymi intencjami.
Jednak poranne babki klepiące na całe gardło zdrowaśki uciszyłabym.

port

Rozmowa o zaufaniu. Trudna. Jednak płynna. Nasączona emocjami. Uwielbiam to. Choć skończyło się niemal kłótnią. Najważniejsze, że temat poruszony. Szczerze.

imprezka u cioci lusi (obowiązek spełniony)

- Wypada – jęknął mój mąż. Wiedział, że ciocia Lusia od zawsze sprawiała wiele przykrości całej rodzinie.
- Mnie tam końmi nie zaciągniecie – babcia otuliła się kocem i z niespotykanym zainteresowaniem zaczęła oglądać jakiś program telewizyjny.
Koniec rozmowy.
Kwiaty, buteleczyna wina. Jakiś drobiazg na komodę.
Ruszyliśmy do jaskini lwa. Lekko wyliniałego – wszak ciocia Lusia kończyła własnie osiemdziesiąt lat.
Oczywiście stara kamienica. W niej piękne plastikowe okna. Na parapetach pelargonie starannie wypielęgnowane.
W olbrzymich drzwiach Marta. Uśmiechnięta.
- Dzień dobry – przywitała nas i wprowadziła na pokoje.
Naftalina. Od zawsze miałam wrażenie, że ciocia Lusia pije ją i się nią naciera.
- Uciekamy? – szepnęłam pytanie do ucha męża.
Było jednak za późno. Potwór zbliżał się. O lasce. Lekko skrzywiony.
- A wy jak zwykle tylko we dwoje – skrzekliwy głos wydobył się z wąskich ust cioci.
- Wszystkiego dobrego, ciociu z okazji urodzin – zabrzmiało chóralnie.
- Ta staruszka, moja kuzynka nie miała sił by przyjść? – pytanie dotyczyło babci.
Zawrzałam. Miałam ochotę przywalić cioci Lusi mosiężnym Dionizosem, którego przynieślismy jej w prezencie.
- Babcia zajęta jest bardzo. Ogląda Wielką Grę – powiedział mąż i powstrzymał mnie ukradkiem przed wymierzeniem ciosu.
- Bleh – syknęła ciocia zapraszając nas w tak oryginalny sposób do stołu.
W jadalni rodzina skupiała się na jedzeniu. I plotkowaniu. I politykowaniu.
Posiedzieliśmy tam chwil kilka. Udzieliliśmy się w kilku tematach towarzysko. Mąż nawet dał się wciągnąć w wir rozmów o jakiś reakcjach chemicznych.
Ciocia Lusia dopiekała wszystkim. Nie dała się nawet przez jedną sekundę lubić. Zasmradzała toksycznymi oparami cały pokój.
Kiedy wreszcie wyszliśmy stamtąd odetchnęłam z ulgą.
- Następna okrągła rocznica za dziesięć lat.

walcząc z ciemnogrodem

Nawet jeśli to wynika z przewrażliwienia, przedwczesnej paniki, wyolbrzymiania. To nic. Najważniejsze, że zmiana w piersi zauważona. I przede wszystkim zdiagnozowana. Nie mogę sobie teraz zarzucić, że zaniedbałam.
Wiem jednak, że droga od wykrycia do wyleczenia jest jedną z najbardziej ekstremalnych dróg.
W moim mieście do poradni onkologicznej od szóstej rano stoi kolejka. Potem rejestracja. I nie ma pewności, że dostanie się numerek. Kiedy jednak uda się załapać na wizytę u lekarza – ten najczęściej wybiera drogę biopsji.
Od biopsji do wyniku mijają dwa tygodnie. Czasem wynik okazuje się zbyt mało dokładny. I tak trzeba usunąć zmianę w całości. Oczekiwanie na termin zabiegu to koleje puste dni.
Jeśli nie ma się czasu na stanie w kolejce można najpierw zrobić usg. To 60 pln. Potem wizyta u onkologa. Kolejne 60 pln. Jeśli zmiana nie wymaga zabiegu to ma się w i e l k i e s z c z ę ś c i e.
Jednak trzeba ją leczyć. Zlecone prywatnie badania laboratoryjne to trzycyfrowa liczba. Potem recepty…
Mimo tego, że wcześnie wykryta i zdiagnozowana zmiana nadaje się do całkowitego wyleczenia – czasem na to leczenie nie ma pieniędzy.
Szlag mnie trafia na taki system. I na ludzi, którzy do tego doprowadzili. Na tych, którzy choć mogą nie próbują tego zmienić.
Zdrowie to jedyny najsensowniejszy luksus, który należy się każdemu.
Mamy XXI wiek. Cywilizacja osiąga szczyty we wszystkich dziedzinach.
A my gdzieś w tyle. Koszty, jakie ponosimy są bezcenne – tracimy ludzkie życie.

Jak już się stanie oko w oko z tym tematem … jak na własnej skórze poczuje się to wszystko … nabiera się wtedy zupełnie innego spojrzenia.

przykrości

Mam ukrytą słabość do myślenia o chorobie. Od czasu usunięcia guzka kontroluję wszystko, co się w moim ciele zmienia. Dlatego zmartwiło mnie kolejne zgrubienie tuż przy zroście po zeszłorocznym zabiegu. Chcę wierzyć, że to tylko blizna. Jednak … mocne postanowienie zrobienia usg i badania krwi zdecydowanie podpowiada rozsądek.
I znów czuję w sobie ten wstrętny lęk.
Tak bardzo chciałabym porozmawiać o tym. Nie mam z kim.
Nie jest łatwo zachować spokój.
Analizuję swoje genetyczne obciążenie.
Jem czekoladę.
W snach leżę pod drzewem, z którego wolno spadają liście.
Znów zostaję sama. Póki co mam tylko strach, którego już na zapas nienawidzę.