we śnie

Zaczynam świrować. Przyszło mi do głowy kilka najgłupszych rzeczy świata. Może przez te ryby bez głów, które piekielnie drogie kupowałam na stół wielkanocny. Znów chodzę po domu. Otwieram drzwi. Zamykam. I słucham radia zachód. Jak na złość czwarty raz Żółte Kalendarze. Chce mi się spać. Wiem o tym choć nie zasnę gdy szary dzień dobija się swoimi pragnieniami.
Znów Szczecin. Bezwiedne godziny na siedzeniu i patrzeniu. Może nie pojadę.
Pojadę. Dla tych paru groszy. Za bardzo polubiłam ich smak.
Znów mówi do mnie:
- Kocie, spóźnisz się.
I to jest właśnie seria miłych słów. Z tego jego dziennego limitu.
Niczego nie widzi. Nie widzi nawet mnie.
Pulsuje mi w głowie, że właśnie skończył się termin ważności.
Czas zdjąć piżamę. Przemyć oczy. Uczesać włosy.
Tylko co mnie tutaj ciągnie. Tutaj bardziej niż tam.

urzędnicy

To chyba jedyna branża, która nie ruszyła do przodu wraz z upadkiem PRL-u.
Siedź drogi petencie i czekaj. A my kawka, plotki, kanapka z serem, stukanie butami z pokoju do pokoju.
Nawet u stażystek entuzjazm do pracy jest znikomy. Choć mogłoby się wydawać, że ich skażenie prastarymi nawykami nie powinno dotyczyć.
Do tego wszystkiego prawdziwy zapach kurzu. Taki archiwalny. Nie do spotkania w żadnym innym miejscu.
I tak sobie posiedziałam w wąskim korytarzyku na drewnianej ławeczce ponad godzinkę by dostać jedną pieczatkę na druczku.
Zaskoczyła mnie natomiast praca policji. Tam wszystko poszło ekspresowo. Z dyżurki do konkretnego pokoju. W pokoju konkretny człowiek. Rachu ciachu. Mam czego potrzebuję.
A w PZU wszystko przebiegło łagodnie. Spokojnie. Bez emocji. Sprawa będzie załatwiona.
Najważniejsze.

Zastanawiam się teraz czy beznadzieja pracowników Urzędu Miasta wynika z nich samych czy z miejsca, w którym pracują.

skrawki krainy czarów

Z daleka miałam wrażenie, że starszy pan przemawia do koła mojego samochodu.
Z bliska wyglądało to już nieco inaczej.
- Pinu, trzeba odejść. Pani odjeżdża.
- Jeszcze nie odjeżdżam – powiedziałam wrzucając do bagażnika karton z firmowymi gadżetami.
- Proszę powiedzieć, że pani odjeżdża. Pinia inaczej nie wyjdzie.
Zajrzałam zaciekawiona za koło. Do grubego bieżnika tuliła się maleńka psina.
- Musisz stąd wyjść – poprosiłam nie wierząc, że gadam do psa.
Pinia spojrzała oczami większymi niż moje. Zdziwiła się mała. Jednak wyszła. I ruszyła za swoim panem wzdłuż parkingu. Raz tylko odwróciła łebek w moją stronę. Pomachałam jej z uśmiechem.
Naprawdę było to przyjemne zdarzenie.

kiszenie

Dopadł mnie szał ogórkowy. Fenomen lipcowy. Uwielbiam zapach kopru i chrzanu. A potem gapienie się na małe małosolne. I odliczanie godzin do pierwszej spróbki.
Więc mam mnóstwo słoików pełnych. Cieszą. I one. I praca w nie włożona.
Czasem budzi się we mnie taka gospocha z prawdziwego zdarzenia.
Doceniona.

kontrola

Dziobałam całe przedpołudnie. Sumowałam rachunki, wklepywałam wartości paragonów i wydruków z bankomatu. Dzieliłam je na komórki. Zabezpieczałam kolejne funkcje hasłami.
Tworzyłam wykres idealny. Z małego arkusza o zwiewnej nazwie BUDŻET powstał olbrzymi plik. Strzeliłam sobie tym samym mega samobója.
Wiem już na co wydaję najwięcej pieniędzy. I wiem jak mało oszczędzam.
Moje olbrzymie uwielbienie dla excela nieco przygasło. Jest tak dobry … przygnębiająco pokazuje wszystko czego moja świadomość czasem zupełnie nie przyjmuje.
Okazuje się, że za dużo jem. Słupek z kwotą na żywność jest najwyższy.
Czas na dietę. Najlepsza dla skutecznego oszczędzania.
Nic innego nie da się uszczuplić.
I dlatego …
niestety w tym roku juz nie starczy na operację nosa, podróż na kraniec świata i takie tam inne konsumpcyjne pragnienia ….

nastroje

Cały dzionek spędzony w Szczecinie. W zamkniętym pomieszczeniu. Z mega szurniętym wizjonerem, który urządzał nowe biuro. Latał z trzema krzesłami przez godzinę co chwile zmieniając koncepcję. Przestawiał kwiaty. Przewieszał telefony. Cudował. Kombinował. I bardzo mnie drażnił pytaniami:
- Czy tak może być?
Ciagle powtarzałam:
- Tak.
On odpowiadał:
- Jednak nie.
Wyjątkowo dziwny człowiek. Kiedy zamówiliśmy obiad zapytał chłopaka z ekipy budowlanej:
- Czy u was plują do sałatek?
- Zawsze – usłyszał w odpowiedzi.
Odbierał siły bardziej niż upał.
W drodze powrotnej kilka razy próbował chwycić za kierownicę kiedy wydawało mu się, że jadę wprost pod tira.
W którymś momencie nie wytrzymałam.
- Wypieprzaj – powiedziałam zjeżdżając na pobocze.
Zarzucił mi skłonności do sadyzmu emocjonalnego.
Przesiadł się do tyłu i milczał.
Zafundowałam mu rewelacyjnie ekstremalną przejażdżkę. Myśle sobie nawet, że porzygał się gdy wreszcie wysadziłam go pod domem.
Nie, nie mam z tego żadnej satysfakcji. To był mój zły dzień.

Rozładowałam napięcie w Zdroisku. Maleńkie jeziorko w zielonej liściastej dolinie. Bardzo ciepła woda. Pomarańczowy wieczór.
Dopiero teraz czuję jaka jestem zmęczona. I dobrze.

tomik

Przepadłam …

Emily Dickinson
O świcie wzięłam Psa i poszłam

O świcie wzięłam Psa i poszłam
Zobaczyć się z Oceanem
Syreny z wodnych Suteren
Wyszły mi na spotkanie
Fregaty z Pierwszego Piętra
Wyciągały Konopne Dłonie
Biorąc mnie za Mysz wyrzuconą
Na Piach przez Fale słone
Nie tknął mnie Nikt
dopiero Przypływ Podpełzł do czubka Trzewika
Rąbka Fartucha Paska Płóciennego Stanika
Groził, że mnie pochłonie całą
Jak Rosa, co przemoczyła
Rękaw łodyżki Mlecza
Wtedy ja też ruszyłam
A on – on za mną pełzł
o krok
Poczułam Uchwyt Srebrny
Na Kostce i znów Obuwie
Zalały mi płynne Perły
Dopiero przed Statecznym Miastem Chłodno je widać oceniał
Skłonił się ze spojrzeniem Władczym
I cofnął się Ocean.

prosta bezsenność

Noc. Śpi się i nie śpi. Materac za twardy. Prześcieradło zbyt szorstkie. Poduszka za wysoko. Gorąco pod kołdrą. Zimno bez niej.
Gapienie się w sufit. Na ściany. Pod łóżko.
Potem Terminal. Zachwycający. Współczesna baśń. Nasączona prastarym dobrem, które zawsze zwycięża zło.
I wreszcie sen. Sam przychodzi. Nad ranem.
Więc to prawda – wystarczy tylko opowiedzieć bajkę …

sąsiedzi

Noc na pustkowiu jest głucha. Nasz blok tonie w najgłębszej ciemności jaką można sobie tylko wyobrazić. Wjazd od strony pól ciągnie się wyboistą drogą wśród sterczących badyli, przerośniętych chwastów i róznych dziwnych roślin. Idealna sceneria do mrożącego krew w żyłach filmu.
Wczoraj wjechałam na parking kilka minut po północy. Sen dookoła. Kilka gwiazdek na niebie. Zapach chłodnego lata. I … lis. Prawdziwy. Rudy. Z głodnym pyszczkiem. Wsparł się łapkami na masce auta i spojrzał na mnie.
Takiego spotkania się nie spodziewałam. Bałam sie wysiąść z samochodu. Nacisnęłam klakson.
W świetle reflektorów dostrzegłam jak lis zmyka w stronę pól.
Potem już ciemność. Bieg po brukowanym chodniku. Światło w klatce schodowej.
Nie lubię takich momentów. Nie lubię się bać. I raczej nie chcę mieć w sąsiedztwie wygłodniałych lisów.
Dziwne jest miejsce, w którym mieszkam.