sytuacje

Budynek, w którym pracuję ma w sobie coś z dworca. Każdego dnia jego korytarzami przechodzi mnóstwo osób. Pracownicy firm, które wynajmują biura. Dostawcy. Kurierzy. Klienci.
Ludzie kręcą się. Wchodzą. Wychodzą. Wracają. Mylą drzwi. Ogólnie norma.
Nikt na to nie zwraca uwagi.
Do momentu, w którym z pomieszczenia socjalnego ginie kilka rzeczy. Wszystko dzieje się błyskawicznie. Pracownik techniczny dostrzega uciekającego mężczyznę. Profilaktycznie zatrzymuje go. Alarm. Złodziej. Sprawdzamy szafki. W kilku brak drobiazgów, pieniędzy w portfelach.
Osaczony mężczyzna trzęsie się. Nie przyznaje do kradzieży. Nie można go przeszukać. Ktoś brutalnie sadza go na krześle. Czekamy na przyjazd policji.
Mężczyzna prosi o wodę. Tłumaczy, że w domu czeka na niego syn.
Jest bardzo chudy. Pomimo upału ubrany w ortalionowy dres i czarne wysoko wiązane adidasy. Ma około pięćdziesięciu lat.
Przyjeżdża policja. Mężczyzna posłusznie opróżnia kieszenie. Nasze pieniądze, drobne przedmioty, dwa telefony. Wszystko leży na stole obok legitymacji ubezpieczeniowej, okularów i pomiętej chusteczki w brązową kratkę.
Z tłumu wyskakuje Donata.
- Wiesz, gnoju jeden, ile ja godzin muszę pracować na te parę groszy? – wrzeszczy – Okradłeś moje dzieci. Ja pracuję dla nich!
Krzyki, oskarżenia, groźby. Policjanci uspokają niezby skutecznie. Ubierają białe lateksowe rękawiczki. Zbierają ze stołu wszystkie rzeczy. Zakładają mężczyźnie kajdanki. Dwie najbardziej poszkodowane osoby muszą jechać na komistariat złożyć zeznania.
Wychodzimy z pomieszczenia socjalnego.
Idę na końcu tego korowodu. Czuję się bardzo źle. Nie wiem kogo tak naprawdę mi żal.

zabaweczka

Było trochę jak w filmie. Choć może to w filmie jest trochę jak w życiu.W każdym razie pomachałam białą chusteczką w przestrzeń powietrzną, która pochłonęła samolot z moim mężem na pokładzie. Na niego czekała Kopenhaga. A na mnie …. jego auto.
Szeroka, metaliczna i bardzo prosto zaparkowana kaplica, w której prawo do odprawiania celebry miał zawsze tylko jeden kapłan.
Sterylna – podejrzewam, że operowany pacjent nie miałby szans na zarażenie się gronkowcem w takiej mega czystości.
I nieco skomputeryzowana, co mi akurat utrudniało powrót do domu.
Najpierw nie mogłam wprowadzić kodu puszczającego centralny zamek. Potem nie mogłam włączyć silnika. Z pół godziny walczylam z zabezpieczeniami.
Oczywiście czułam się jak pancerniak. Mój mąż jest ode mnie dużo wyższy i siedząc na jego obniżonym fotelu widoczność miałam znikomą. Kawałek nieba i korony drzew.
Nim ustawiłam fotel i lusterka znów minęło kilka chwil. Już mnie brała jasna cholera. Czułam, że maszyna zupełnie mnie nie akceptuje jako kierowcy. Wypowiadałam do niej dość złośliwe uwagi. A ona sprawiała mi kolejne trudności.
Wreszcie jednak usłyszałam mięciutki szmer, zwolniłam ręczny i wolniutko ruszyłam.
W radiu kanał zaprogramowany na wiadomości – nie dla mnie. W zmieniarce trzy płyty. Włączyłam pierwszą. Z głośników na jednym ze skrzyzowań w Poznaniu nagle rozbrzmiał wielce chórlany śpiew:
„Przybyli ułani pod okienko. Pukają, stukają, wpuść panienko …”.
Zastanowił mnie nieco repertuar słuchany przez mojego męża.

Najdziwniejsze jednak było to, że powrót do domu zajął mi znacznie więcej czasu niż zwykle zajmuje mi podczas jazdy moim autem.
Jechałam jakoś tak zbyt bezpiecznie. Zdecydowanie poprawnie. I bez ikry. Jednak samochód w stanie idealnym zparkowałam w garażu. Garaż zamknęłam. Klucz wyrzuciłam.
Tak marzyłam, by jeździć tym autem. I już mi się akurat o tym marzyć odechciało.

łagodne obyczaje

Pęczek botwinki. Kupiłam go na targu klika dni temu. Miał trafić do garnka. Znalazł się w lodówce … a dzisiaj ostatecznie spoczął zwiędnięty w śmietniku.
Usiadłam przy kuchennym zakurzonym stole i pomyślałam, że od stu lat nie zajmowałam się tak naprawdę naszym domem.
Wróciłam sobie myślami do beztroskich czasów bezrobocia. Domowych obiadków. Czystych okien. Szalonych wieczorków z Sarą. Włóczenia się tu i tam….
Przemyślałam sobie wszystko. Przeanalizowałam. Poukładałam. I stworzylam grafik doskonały. Zaplanowałam w nim każdą chwilę dnia.
Praca równa osiem godzin. I ani minuty dłużej. Czasem nawet dla potrzeb rodzinnych krócej :) Po pracy tylko prawdziwe życie. Żadnych dziur.
Jutro WOLNA sobota.
I będzie pachniała ciastem z truskawkami.

oceny

Zakończenie praktyk i pożegnanie z Magdą odbyło się w jakiś taki nawet lekko sentymentalny sposób. Ta szczególnie nieznośna dziewczyna przytargała ze sobą piwonię i przywdziała w miarę skromny strój. Wręczyła mi kwiat i nastawiła policzki do całowania.
Tak naprawdę zostawiła po sobie bardzo fajny ślad. Mimo wszystkich wyskoków i szaleństw, którymi złościła całe biuro.
Dzisiaj jej wychowawczyni zadzwoniła do mnie z pytaniem czy aby na pewno Magda dostała z praktyk ocenę bardzo dobrą.
Potwierdziłam.
W żaden inny sposób nie mogłabym jej ocenić. Żywiołowa, spontaniczna, komunikatywna – idealny handlowiec.
Stwierdziła, że najchętniej zatrudniłaby się w sex shopie.
Może kiedyś tak się stanie. Póki co z końcem praktyk na moje biurko powrócił porządek. Nikt nie blokuje komputera.
Nie wisi na telefonie. Tylko jakoś tak spokojnie, cicho i normalnie się zrobiło…