dni

Czasem myślę sobie, że przyrosłam do biurka. I niczego poza nim nie mam.
Dawnej wyrywałam się w czasie pracy na basen, zakupy, obiad.
We Wrocławiu najpierw była ikea i niezbędny zakup wazoników – potem dopiero biuro.
Teraz sprawy, sprawy, sprawy. Trzeba wydzwonić, załatwić, pozyskać.
W międzyczasie kanapki. Czasem surówka z kapusty. I kawa.
Tak bardzo brakuje mi czasu. Szczególnie na myślenie. Wracam do domu i zasypiam.
Plany robię sobie rano. Zawsze dzień je weryfikuje i wszystko ulega zmianie.
Mój ginekolog ma dosyć przekładania kolejnych wizyt. A mi wstyd, że tak dawno u niego nie byłam. I mimo alarmujących statystyk donoszących o nadżerkach nie mam kiedy zadbać o profilaktykę.
Takich spraw do załatwienia na wczoraj jest mnóstwo. Układam je. Wybieram te ważniejsze.
Czasem udaje mi się odetchnąć. Na chwilę. I wtedy chciałabym wyjechać.
Do Kanady. Najbardziej tam.

uroczysko

Dochodziła czwarta. W radiu Plus naprawdę łagodne przeboje. Za oknami auta budził się dzień. Wracałam z Oleśnicy. Pierwszy raz. Droga zupełnie obca. Dlatego szczególnie obserwowałam wszystkie kierunkowskazy.
Byłam trochę śpiąca. Znużona. Nie potrafiłam się skupić. Noga sama umykała z gazu.
Ogólnie monotona podróż.
Dopóki nie znalazłam się w okolicach Łuczyny.
Z lewej strony ukazało się tonące w opadającej mgle jezioro. Takie zielone, gęste. Z wysokimi trawami. I mnóstwem rechoczących żab.
Wysiadłam z samochodu. Na tle wielkiej kuli, która podciągała słonecznym blaskiem dzień do góry roztaczał się widok zachwycający.
Czaple … a może żurawie … na tych swoich smukłych nogach rozpościerały skrzydła. Przeciągały się mówiąc światu „dzień dobry”.
Zaczarowałam się tym widokiem. Stałam tam i stałam.
Jest jednak coś więcej. Już teraz to wiem. Kolejny raz przekonałam się ile witalnej siły może dać natura.
I ze mną nie jest źle. Wciąż potrafię dostrzegać.

luz

Najzabawniejsza ze wszystkich jest Madzia. Średniego wzrostu ciemna blondynka. Ma niebieskie oczy, prosty mały nos i lekko wydatne usta, które zawsze maluje różowym błyszczykiem.
Nosi białe spodnie i białą skórzaną kurtkę. Spod kurtki wystaje niezbyt płaski opalony brzuch.
Dużo mówi, ciągle się śmieje i pije litrami kawę.
Zamiast na dziesiątą przychodzi na dwunastą.
- Pani Alu – tłumaczy mi robiąc najpokorniejszą minę świata – Zaspałam.
Moja praktykantka. Sama ją sobie wybrałam i mam teraz mega twardy orzech do zgryzienia.
Dziewczyna niereformowalna. Ma jakoś tak w głowie poukładany świat w zupełnie innym wymiarze niż potrzeba firmie handlowej.
Wczoraj poprosiłam ją by przez chwilę zabawiła rozmową klientów oczekujących na spotkanie.
Małżeństwo około pięćdziesiątki. Siedzieli już od kilkunastu minut na sofie i się nieco niecierpliwili.
- Mogę państwu zaproponować kawę, herbatę? – zapytała z wdziękiem Madzia.
- Kochanie, czy ta pani może nam coś zaproponować? – kobieta spojrzała na męża. Potem zdegustowana na brzuch Madzi i burknęła – Nic.
A gdy Madzia wycofywała się już usłyszła:
- Niech będą dwie kawy.
- Więc jednak mogę coś zaproponować – powiedziała z chytrym uśmiechem dziewczyna – Ale teraz już mi się nie chce.
Odwróciła się na pięcie i odeszła.

roztargnienie

Jego oddech tuż przy moim policzku. Lubię tak się budzić. Blisko siebie. Wiem, że na tym polega bezpieczeństwo. Ja wstaję pierwsza. Na śniadanie mleko i wczorajsze kajzerki. Smakują.
On otwiera oczy gdy jestem już przy drzwiach. Mówimy sobie „dzień dobry”. Cofam się jeszcze by choć na chwilę wtulić się w jego zaspane ramiona.

Potem droga prosta. Ja w cienkich pończochach i butach na wysokich obcasach. Stukam po płytach chodnika. Lubię to. I zapach, który otacza mnie niewidzialnie. Wrażenie, choć tak naprawdę pozorne zawsze można robić.

Istnieją jednak powroty potrzebne. Ważne. Takie, które mają sens.

bliżej natury

Zrobiliśmy sobie majówkę. W miękkiej pościeli. W samo południe.

Lubię tak potem leżeć spokojnie i czuć jak jest mi dobrze.
Ogarniać szczęście.
Wiem, że nie będzie trwało wiecznie. Póki co mam.

Żadnych dylematów i rozterek. Żadnych spekulacji. Żadnych nadinterpretacji.