dotknąć samotności

Daniel to dla mnie najpełniejszy obraz człowieka, który w życiu oprócz pieniędzy nie ma nic wiecej.
Zobaczyłam dzisiaj jak stoi między regałami w wypożyczalni filmów. W rękach Niewierna. W oczach smutek. Szczery taki. Przygnębiający.
Mężczyzna, który dotarł już wszędzie. Zdobył już wszystko. Nie pragnie niczego więcej. Oprócz miłości.
Nawet chciałam podejść. Tylko jakieś wewnętrzne egoizmy mnie zatrzymały. Uciekłam stamtąd. Najłatwiej omijać. Problemy. I ludzi.
Ciagle sobie powtarzam, że mnie to nie spotka. Nie spotka. Ja nie dotknę samotności.

zaczarować

Czasem tak jest. Budzę się i wiem, że to nie ten dzień. Od pierwszego kontaktu z poranną rzeczywistością. Mydło bez zapachu. Kawa bez smaku. Ubranie bez stylu.
Na wszystko brakuje czasu. Gdzieś podział się cień do powiek. Włosy nadal wilgotne. Nie mogę dopiąć wypchanej torby. I telefon. Nie przestaje dzwonić.
Potem jest zimna próba uwolnienia auta z zaspy śnieżnej, którą na parking nawiał nocny wiatr. Koła uwięzione w lodowej pułapce przykrytej śniegiem tylko się obracają, silnik wyje. Mam dość. Wysiadam. Jakoś tak spontanicznie. Przed siebie. Z lekkim szaleństwem. Na pola. Pięknie. Biało. Czysto. Daleko od domu. Oddycham. Głęboko.
Warto znaleźć chwilę, by się zatrzymać.

cola gum

No to się ścigam z czasem. Na basenie. Szczególnie tam. Grunt to dobra kondycja. Mega popieprzenie w głowie na punkcie wyglądu. Nawet uśmiechy mam kontrolowane. Zabójstwo zdrowego rozsądku.
- Hej, Alicja – myślę sobie (na szczęście) – Wyluzuj!
Potem się złoszczę. To dopiero pozbawione uroku.
Odczuwam totalny brak. Nie umiem zlokalizować chorego miejsca.
No i co z tego, że od kawy będę miała żółte zęby?
W życiu potrzebne są wyższe wartości.
Od kilku dni około szóstej budzi mnie zdrowy, głodny płacz noworodka. Dziecko sąsiadów. Rewelacyjny budzik. I pobudzik myśli.
Potrzeba mi sensu.

żuraw i czapla

Bryczka wjechała na plac przed kościołem. Na tle szarego oszronionego nieba rysowały się postaci państwa młodych. Ona śnieżnobiała. On z nienaturalnie opaloną łysą głową.
Bardzo szybko zniknęli za drzwiami świątyni.
Tłum gości ruszył za nimi.
Ciekawa byłam kościoła. Mały i wiejski -zawsze kojarzył mi się z maksymalnym romantyzmem.
Ten był zwykły. Wielkie drewniane wrota. Za nimi przedsionek. Zamarznięta woda święcona. Ciemna kotara. Za nią pomieszczenie pełne odrapanych ławek. Kolorowe malowidła na ścianach i kasetonowy sufit. Potworny chłód, zapach pleśni.
Do tego wszystkiego lekko szalony ksiądz przypominający wyglądem borsuka.
Jako niespełniony aktor postanowił zafundować ponad stu gościom weselnym wieczorek autorski recytując miłosną poezję zamiast kazania.
Trwało to w nieskończoność. Zimno paraliżowało. Nad głowami unosiły się chmury wydychanej pary. Przez chwilę myślałam, że zamarzniemy wszyscy i znajdą nas dopiero wiosną.
Ksiądz jednak zakończył artystyczną mszę zachrypniętym życzeniem dobrej zabawy. Wszak wiedział, że wesela w remizie strażackiej udane bywają zawsze.
Było fantastycznie. Smacznie, ciepło, wesoło i całkowicie poza zasięgiem wszystkich sieci komórkowych.
Od tańca do teraz bolą mnie nogi, od śmiechu policzki a z przejedzenia brzuch.
Trochę żałowałam, że już o trzeciej musieliśmy wyjść. Jednak zakwaterowanie w chałupie ze słomianym dachem i trzaskającym ogniem w piecu kaflowym też przyniosło miłe doznania. Szczególnie mycie w lodowatej wodzie ze studni. Ciepłe mleko prosto od krowy. I opowieść gospodyni o jej miłości sprzed pięćdziesięciu lat.
Wyjeżdżaliśmy uśmiechnięci. Z bagażnikiem pełnym kiszonej kapusty i buraków z kopca.
Nieświadomie zostawiliśmy jakieś drobiazgi. Ciekawa jestem czy to znaczy, że jeszcze kiedyś tam wrócimy.