za drzwiami

Cisza. Pozorny spokój.
W myślach wojna.
Nie wiem czego chcę choć chyba wiem czego potrzebuję.
I złe sny. Powtarzające się.
Jestem przewrażliwiona.

staję na głowie

W twardym chlebie razowym jest jakiś urok niezwykły, któremu oprzeć się nie umiem.
Wróble, dla których Przemek wczoraj ustawił karmnik na moim balkonie wolą jednak drożdżową chałkę.

Przyzwyczajam się do obecności Przemka. Kiedy puka nie staram się w panice sprzatać rozrzuconych ubrań, poprawiać włosów, polerować kryształów.
Nie drżę z radości kiedy dzwoni lub wysyła mi smsy.
Podświadomie ustawiam go w szeregu obok Daniela.
Chcę żeby był. Jednak nie za blisko.
Wiem, że brak fizyczności zakończy naszą znajomość.

nie dzieje się nic

Trochę się wkręciłam w wyścigi samochodowe. Nawet trochę za bardzo.
Po kilku rundach na Słowiańskiej czuję, że miasto jest dla mnie za małe.
Przy tak paskudnych warunkach pogodowych oprócz adrenaliny i chęci zwycięstwa czuje się też prawdziwy strach.
Niektóre poślizgi bywają raczej niekontrolowane. I tylko jeden Bóg wie gdzie się auto zatrzyma.
Mimo wszystko czuję, że takie sytuacje mi odpowiadają.
Już nie czekam na zaproszenie Rafała. Sama podjeżdżam z szerokim uśmiechem na linię startu.
I grzeję do mety.
Potem uciekam. Nie lubię gadania o autach, rasowaniu, tuningach. Kiedy już się porządnie spocę i wystraszę mam ochotę na własny dom.
Odkurzanie, gotowanie, maniakalne wklepywanie kremu pod oczy.
Potem zasypiam. Tak spokojnie.

sterowanie

Od kilku dni do firmowego bufetu można było przechodzić piwnicznym korytarzem.
Jedna ze ścian korytarza stanowiła dla mnie zagadkę.
Bardzo ciemna … jakby metalowa wyrwa prowadząca szeroko w straszliwą czeluść.
W drodze po pączki wyobrażałam sobie, że ściana kryje jakąś niesamowitą tajemnicę. Miałam nadzieję, że gdzieś tam jest inny świat, do którego prowadzi droga właśnie przez tę dziurę w ścianie. Marzyłam
o szalonej herbatce u królowej Kier.
Niestety.
Wczoraj czar prysł. W ciemności zachrobotało, zatrzęsło się i rozświetliło przytłumionym żółtym światłem. Otchłań bez dna okazała się zwykłą windą towarową, z której wysiadł konserwator.

mgiełka

W dzisiejszych czasach dobry handlowiec bezwzględnie musi być znakomitym obserwatorem. Im więcej dostrzega i kojarzy – tym łatwiej i sprawniej wiąże fakty. Dzięki temu wie kiedy, komu i co powiedzieć. Zyskuje zaufanie klientów. Staje się ich przyjacielem. Uruchamia niesamowitą lawinę jaką niesie za sobą poczta pantoflowa.
Bardzo podziwiam taktownych, bystrych i skutecznych sprzedawców. Niezależnie od tego czym handlują. Fryzura, mleko, plomba, kredyt, kanapa. Wszystko jest towarem. Na wszystko jest zapotrzebowanie. Jednak podaż w niektórych przypadkach przewyższa popyt. I znalezienie sposobu na to, by właśnie do siebie przyciągnąć klienta jest rzeczą wymagającą wielu umiejętności. Personalnych, logistycznych, marketingowych, spedycyjnych, księgowych … Na samym początku jednak stoi bezgraniczna wyobraźnia.
Popadłam w fascynację tym tematem. Przyglądam się ludziom, którzy sprzedają. Naprawdę wszędzie. Mało jest profesjonalistów. Mało jest osób, którym ten zawód sprawia przyjemność.
Klienci nadal nie szanują sprzedawców. Mają mylne pojęcie o osobach stojących za ladą.
Spogladając na rozwój mojego miasta widzę, że to właśnie handel zdominował gospodarkę. Już nie fabryki a olbrzymie markety i hurtownie rosną jak grzyby po deszczu dając ludziom pracę.
Tyle się dzieje. Mam wrażenie, że coś przespałam. Teraz idąc po chleb zastanawiam się, z którego młyna pochodzi mąka. Która piekarnia i od kogo kupuje surowce. Z jaką firmą transportową ma podpisaną umowę. Gdzie można kupić taniej i dlaczego. Jednak cały ten proces zawsze zamyka kontakt ze sprzedawcą. Czasem wystarczy jednen uśmiech.
I wszystko inne przestaje być ważne.

hej kolęda

W sobotnią noc na chwil kilka udało mi się wpaść na bal przebierańców. Totalna rewelacja. Ustylizowałam się na pensjonarkę z przełomu wieku.
I dość potężnie upiłam ciasteczkami nasączonymi czystą gorzałką. Niesamowite uczucie odpływu.
Pewnie balowałabym do białego rana … ale w niedzielę ksiądz zapowiedział kolędowanie na naszym pustkowiu.
W tym kierunku nabrałam nieco staromodnego odpału. Podłogi pastowałam, krochmalony obrus prasowałam z godzinę by nabrał gładkiego wyglądu. O szesnastej byłam maksymalnie przygotowana.
I czekałam. Czekałam. Czekałam.
Do dwudziestej cztredzieści. Potem siarczyście wyklęłam stracony czas. Sprzątnęłam ze stołu wszystko, co przy kolędzie na stole się stawia. Zrobiłam bardzo dużą kolację i poszłam spać.
Dziś rano pomyślałam, że zatelefonuję na plebanię i poproszę o wyjaśnienie.
Jednak szybko porzuciłam idiotyczny pomysł. Kościół wszak jest instytucją … choć pozbawioną typowych urzędników. Może.

karnawał

Z początkiem roku firma wprowadziła doraźną przychodnię dla klientów. Mailowo, telefonicznie lub osobiście niezadowoleni lub bardzo zadowoleni mogą zgłaszać swoje skargi i wnioski.
Raj dla nudziarzy, gawędziarzy i szukających możliwości kręcenia zadym.
Odpowiadam na maile od poniedziałku i nie trafił się do tej pory żaden konkretny, rzeczowy, sensowny.
Ludzie z całego regionu objętego placówkami naszej firmy tylko skarżą.
Na pracowników biur, bezpośrednich handlowców, kierowców, brak zimy itp.
Każdy list muszę przeczytać. Zadzwonić do miasta, z którego wpłynęła skarga. Zrobić dochodzenie. I bardzo ciepło odpowiedzieć klientowi.
Silę się na uprzejmości. Gdybym mogła szczerze odpowiedzieć na którykolwiek z tych kretyńskich listów … Niestety nie mogę.
Dziwię się ludziom, że tak się spalają na zawiść do innych.
Jeśli pani Z. nie uśmiechnęła się rano do klienta bo być może miała szczególny powód by się nie uśmiechać, to nie znaczy, że trzeba ją zwolnić z pracy.
Czasem emocje, smutki czy zwykły ból głowy odbierają szablonowy uśmiech. Jednak pisanie skargi w takiej sytuacji jest dla niektórych sprawą najwyższej wagi.
Naprawdę smutne to bardzo. Choć wiem, że po stronie niezadowolonego klienta czasem bywa racja, to w skargach, które wpływają tej racji doszukać się nie mogę.
Czekam cierpliwie, aż firma zatrudni odpowiednią osobę, by bez emocji głaskała głupotę po głowie odpowiadając na skargi.
Ja zdecydowanie lepiej czuję się w świecie liczb.

zapach przypalonego bigosu

Wcześnie rano przemknęłam głuchą klatką schodową z niebieskim worem pełnym śmieci. W drodze powrotnej zajrzałam do skrzynki. Wśród przedświątecznych reklam biała koperta. Sentymentalnie spojrzałam na cieniutkie literki tworzące adres. Moje imię, imię męża. I wspólne nazwisko. Papierowo bardzo.
Zaproszenie na ślub. Piątego lutego.
W Gdańsku.
Prezent od losu. Będziemy musieli sędzić kilka chwil razem. Lub … oficjalnie się rozstać.

W telewizji „Anna i król”. W miseczce sałatka lśni oliwą. Herbata malinowa paruje przy monitorze. Pralka pulsuje programem do prania wełny.
Może uda mi się ugotować na obiad rosół stulecia.