maski

Ostatnie dni roku to dla mnie pęd. Nie mam nawet swobodnego czasu na dobre pomalowanie oczu przed porannym wyjściem z domu.
Postanowiłam, że wszystkie zawodowe teczki pozamykam przed piątkiem.
To taka próba. Na niczym mi ostatnio nie zależy tak bardzo jak na sukcesie zawodowym.
Czasem człowiek sobie sprawy nie zdaje w jak krótkim czasie może wsiąknąć w nieznany dotąd żywioł.
Myślę jednak, że to nie jest złe. Dobra praca, taka, którą się lubi i chętnie wykonuje pozwala zamknąć się przed tym wszystkim co boli poza nią.
Nie wierzę w szczęście absolutne. Choć nie wykluczam, że istnieje.
Dlatego skupiam się na tym, co naprawdę daje mi poczuć się dobrze.
Będę pielęgnować tę swoją gawrę. Tak naprawdę niby między ludźmi a jednak bardzo schowana przed światem.
Dlatego moim noworocznym postanowieniem numer jeden jest mniej warczenia – więcej zrozumienia.
W Nowy Rok chcę również wejść z niemalejącym poczuciem potrzeby skutecznego zatrzymania młodości. Choć brak czasu, nie zrezygnuję z tego, co pozwala mi młodość zatrzymać.
Nadal chcę lubić swoje odbicie w lustrze. I to szczęśliwe, i to zapłakane.
Zbyt mocno zapadł mi w pamięci zabieg usunięcia guzka. To wydarzenie przesłoniło wszystkie inne, które działy się latami. Nie chcę już nigdy poczuć tamtego strachu. I bólu. I poczucia osamotnienia.
Choć wiem, że nie mamy żadnego wpływu na chwile, które przypadkiem czy z przeznaczenia zgaszą nas nagle.
W łeb biorą plany z terminarza, zapinanie pasów, przechodzenie na zielonym świetle.
Nie chce się jednak zagubić w takim myśleniu. Ono pozbawia spontaniczności i radości.
Tak więc do przodu!

Poza tym … sukienka w kolorze dojrzałej wiśni, pantofle i cieniutkie pończochy … czekam na bal.

lecytyna

Ulotka głosi.
„Użyj tej tabletki przed udaniem się na nocny spoczynek a rano poczujesz jego doskonałość.”
Nie działa. Póki co. Choć szczerze wmawiam sobie, że jest inaczej.
Mam problemy z koncentracją. Gubią mnie drobiazgi. Pamiętam o głupotach sprzed stu lat a pinu do nowej karty bankomatowej za cholerę znaleźć nie mogę. Ani w szufladach. Ani w głowie.
Pewne czynności dzieją się poza moją świadomością choć to ja je wykonuję.
I nie wiem skąd nagłe zamiłowanie do Willa Smitha i Miami. Bez końca. Głośno. Już znam na pamięć.

zwyczajnie

Od czasu spotkań z Przemkiem moje zasady i twarde postanowienia trochę się zweryfikowały. Jednak w przypływie prawdziwych uczuć i emocji wszystko inne przestaje mieć znaczenie.
Pojechaliśmy wczoraj do domu, który Przemek kupił kilka miesięcy temu. Postanowił jednak wyremontować go ostatecznie do świąt.
Domek niski. Kremowy. W środku świeże tynki. Biało. Jakieś szafki czekające na ustawienie. Kwiaty i książki. Czajnik.
Tylko salon zaplanowany. Sprzęt, choinka ozdobiona kulkami z waty i piękny dywan w kolorowe paski. A na dywanie dziesięcioletni syn Przemka, który z zapartym tchem oglądał przelewającą się krew na ekranie. Zajadał przy tym parówki z musztardą i popijał pepsi.
– Nie boisz się? – zapytałam.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Jak ja byłam w twoim wieku i tata opowiedział mi „Szczęki” to trzy noce nie mogłam spać z wrażenia.
Roześmiał się i wrócił do pasjonującej drastycznej sceny.
- Tata opowiadał ci „Szczęki”? – zapytał Przemek podając mi parujący kubek z herbatą.
- Poprosiłam go o to gdy wrócił z kina. To były inne czasy.
- Teraz jesteśmy tutaj. Dzisiaj – chwycił mnie za rekę – Chodź.
Ruszylismy wąskim korytarzem w stronę małej oszkolonej werandy.
Na podłodze klęczał rosły mężczyzna i zwinnie układał drewnianą podłogę.
- Postanowiłem, że to będzie twoje miejsce.
- Moje miejsce? – zaniemówiłam.
Przytuliłam się do niego mocno. Bardzo.
Nie chcę sobie tego układać. Analizować. Niech trwa. Bez kontroli.

kolejny raz

Jadę do Wrocławia. Za godzinę. Może za dwie. Odwlekam moment wyjścia z domu jak nigdy. Jeszcze jedna kawa. Śniadanie.
Nie mam ochoty na zimną podróż, nudne szkolenie, wymianę doświadczeń zawodowych.
Już marzy mi się powrót. Legowisko na kanapie. Coś dobrego do picia.
Domowe ciepełko. Tylko tyle.

próby

- Babciu, chcę cię porwać na święta – oznajmiłam.
Roześmiała się cichutko. Jest taka słaba. Zmęczona. Prawie nie wychodzi z domu.
Bardzo bym chciała zabrać ją w najpiękniejsze miejsce świata. Położyć głowę na jej kolanach i słuchać jak opowiada mi bajki.

demon

Atmosfera świąt otoczyła miasto. Udusić się można od nadmiaru. I łańcuchów. I uśmiechów. I balkonów straszących migoczącymi światełkami.
W centrum mrowisko. Chłopaki w kapturach czają się na torebki (skąd ja to znam). Nie ma mrozu a panie noszą kożuszki minionego sezonu. Plus białe kozaczki od Lasockiego. Panowie snują się za koszami pełnymi zakupów i ziewają. Kasjerki mdleją. Pracują po dwanaście godzin.
Na targach i deptakach masowo umierają choinki. Tuż obok karpie. I gałązki jemioły.
W rzeźniach dodatkowe zmiany. By każdy mógł wyszarpnąć swój kawałek szynki.
Wszyscy piszą listy. Niektórzy do Gwiazdora. A panie na poczcie kurwią od nawału roboty.
Nadchodzi cudowny czas świąt. Czas spokoju i radości.

klasyczny dramat w trzech aktach

osoby:
ala
ns
lala

Akt I

ala namawia swojego wirtualnego przyjaciela do założenia bloga

ala
nie wiem czym urzekło mnie to pisanie
zaprzestać go w ogóle nie jestem w stanie
ns mój drogi
poczuj tę przyjemność
czas odpuszcza tu swoją bezwzględność

ns
alu
niech tak będzie
bloga wnet założę
swoją nazwę i treść w niego włożę

Akt II

pojawia się lala

lala
witaj alicjo poznać się chcę
dlatego na gg zaczepiam cię

ala
oj jakże to miłe
poświęcę ci lalu
każdą wolną chwilę
poznaj również ns
to mój przyjaciel
będzie jak dla mnie dobry
i dla cię

Akt III

lala i ns łapią wspólny dobry klimat

lala
ala skutecznie bloga prowadzi
zatakować go nie zawadzi

ns
mogę komentarze dawać dziwne
traktować z góry tematy naiwne

jak postanowili tak uczynili
o blogu źle się wypowiadali
na komentujących ciagle sarkali
że miałcy i zbyt poprawni
że literacko mało zaradni
a sama ala tak nudna przecież
wciąż teksty o bezbarwnej tandecie

epilog

lecz jak to w spiskach bywa
prawda w końcu wypływa
nic nie różni proszę pań i panów
obu stron ekranu

błogi stan

Wariatka ze mnie. Zaczarowałam się. Chodzę i się śmieję. Do siebie. Z siebie.
Fajnie mija dzień. Czekam na kolejny.

oczekiwanie

Dwie godziny spędzone w samochodzie. Ciemno. Ciepło. Cicha muzyka. I rozmowa. Taka jaką najbardziej lubię. O wszystkim. Bez szczególnych emocji. Płynna. Ze śmiechem.
Naprawdę trudno było nam się rozstać.
Przyjemne uczucie. Bardzo.
Jest mi dzisiaj tak dobrze. Myślę o nim. Nic konkretnego. Po prostu.
Brakowało mi tego.
Nie wróżę. Nie czekam na cud. Chcę.

możliwości

Pustkowie ma szansę na rozruch. Oprócz blaszaka pani Toli zapowiada się salon fryzjerski. I fajnie, myślę sobie. Ludzie zaczną się kręcić do wieczora. Neon oświetli ciemną część betonowej drogi. Nie będzie już tak przeraźliwie i głucho.
Tymczasem aktywista sporządził petycję przeciw. Biegał i zbierał podpisy.
Naprawdę niektórzy lokatorzy podpisali.
- Dlaczego nie? – zapytałam konkretnie gdy przyszedł do mnie.
- Wie pani, hałas, samochody, ruch.
- Dla mnie to żaden argument.
- A wie pani kto otwiera tego fryzjera? Ta z czwórki. Co fordem jeździ. Mało jej?
No, teraz argument aktywisty stał się bardzo czytelny. Zawiść. Zazdrość. Przecież inni nie mogą mieć lepiej, więcej.
Pożegnałam faceta.
I kolejny raz utwierdziłam się w przekonaniu, że nie chcę już mieszkać w takim dziwnym otoczeniu.
Każdy z głową wysoko zadartą. Im większa teczka tym lepiej.
Ciągnie mnie zupełnie w inne miejsce.