imieniny

Nie wiedziałam, że firma tak świętuje. Kwiaty, ciemne butelki, muzyka. Od rana. Solenizant w bardzo dobrym nastroju. Życzenia przyjmuje koniecznie z całusami od biurowych koleżanek.
- Rafał – podchodzę do niego bez pomysłu na życzenia i z niechęcią do całowania.
- No, Alka, możesz mi zrobić prezent – wpada na pomysł za mnie.
Spoglądam na niego pytająco.
- Daj się zabrać na przejażdżkę. Poczujesz moc mojego konia.
Oczywiście żart Rafała nie jest wyjątkowo uroczy. Jednak trochę adrenaliny w jego sportowym aucie może się przydać starzejącej, smutnej i beznamiętnej kobiecie.

Zwykła przejażdżka wczesnym, ciemnym wieczorem. Niby nic. Oprócz tego, że Rafał jako zapalony rajdowiec nie umie przestać. Gaz i rura. Bez opamiętania. Na początek całkiem wesoło. Jednak nie. Kolejne auta mijane w zawrotnym tempie. Znikające drzewa.
- Zatrzymaj się – mówię. Bez paniki. Z czystą złością.
- Po co? – pyta nie patrząc na drogę.
- Chcę żyć – krzyczę.

Potem idę w cholernie romantycznym wrześniowym deszczu. Zimno, ciemno i do dupy. Ale idę. Równo. Przed siebie. I wcale nie pod górę. Czy naprawdę wiem czego chcę?

wysiłek

Znów mogę pływać. Minął miesiąc. Choć siły mam mniej. I pora inna. Zdecydowanie obiadowa. Prawie pusto. Tylko człowiek i sztuczny żywioł. Plus totalny brak myśli. Byle się zmęczyć. Do oporu.
Ratownik pyta:
- Znasz granice swojej wytrzymałości?
- Jeszcze nie – odpowiadam.
- To bardzo niebezpieczne – uświadamia mnie.
Co? Pozbywanie się męczących mięśnie napięć?
Ludzie patrzą na siebie i widzą jakąś mgłę. Nie prawdę. Zresztą po co komuś czyjaś prawda.

noc

Bez oddechu za ścianą.
Przed telewizorem, owinięta w koc, ze szklanką wina zagrzanego w czajniku – na rozgrzewkę a nie na utopienie smutków.
Jednak nie jestem sentymentalna. Ani wyjątkowo uczuciowa. Potrafię przymknąć oczy i zdmuchnąć to wszystko.
Nie wtulam twarzy w ubrania z jego zapachem, nie przeglądam starych zdjęć, nie wylewam łez. Jeszcze nie tęsknię. Nie chce mi się.
Muszę dobrze zapamiętać tę noc. Noc spokoju.

Grzegorz Ciechowski
Dzięki za miłość

Mam na imię…
Miło mi…
Udajemy że
Znamy się od kilku chwil
Milczę… nie bój się
Nie uwierzysz… tak to ja…
Gdy zerkam w twoją twarz
Nie potrafię znaleźć siebie tam
Nie pozostał po mnie żaden ślad

Dzięki za wszystko coś mi dał
Dzięki za ten ból
Dzięki że to już skończone
Dzięki że minąłeś we mnie już

Ciągle za mną
Oddech twój
Ciągle czuję cię
Znikam w tłumie
Znów twój śmiech
Ktoś zatrzasnął drzwi

Nagle sami – ja i ty
Przeklęte de ja vu
Zabłądziły gdzieś
Głupie dłonie me
Ale usta… one nie śpią więc…

Klęczysz
Z głową pochyloną
Idę
I bez lęku mijam cię…

Wierz mi
Gdziekolwiek jeszcze jest
Miłość – znajdę ją
Wierz mi
Niechby mnie dopadła
Nowa – jeśli boli –
to co?

obrączka

Jaka ja byłam dumna nosząc ją na palcu. Tyle dni …
Na początku ściągałam ją przy myciu naczyń, pracy na działce, ścieraniu kurzy. Potem już nie. Stała się częścią mojego ciała. Mojej duszy.

Naprawdę trudno się rozstać. Tak wielki smutek i żal, że się nie udało. I brak wiary w to, że jeszcze się uda. Nie dam się zatrzymać. Nie mogę. Muszę zacząć inaczej. Muszę poczuć, że ktoś mnie kocha i pragnie. Potrzebuje. Akceptuje. Ze wszystkim. Krzywą przegrodą w nosie, krzywo zaparkowanym samochodem, krzywo upiętą firanką w kuchni.
Nie chcę być samotna obok.

Za chwilę wyjdę z domu. Jak zwykle wolnym krokiem. W blaszaku pani Toli kupię śniadanie. Przemknę przez miasto.
Na parkingu przed firmą spotkam Rafała, który czekając na mnie wypali dziesiątego papierosa i nie omieszka mi tego zarzucić ze śmiechem.
Wjedziemy windą na piętro …

Niby nic się nie zmieni. Jednak … obrączka zostanie w domu. Na stole. Obok telefonu, stosu papierów i miętowych pastylek.

teraz

Czasu ma nagle więcej na rozmowy. I bycie w domu. Telefon wyłączony.

A we mnie złość.
Na śniadanie owsianka. Na obiad wątróbka. Na kolację śledzie.
Robię wszystko czego tak nie lubi.

- Dlaczego? – pyta.

Nie ma odpowiedzi na to pytanie. Moje „dlaczego” wisiało w powietrzu. Tak długo.

trudny dzień

Babcia od jakiegoś czasu upycha w moim mieszkaniu swoje. Pościel, zegar, pierścionki, komplet kieliszków do wina, albumy.
- Musisz mieć to ty – powtarza gdy protestuję – Oni wszystko rozdrapią po mojej śmierci.

Przypominam sobie niedawny strach. Zwyczajny. O życie. Tak się bałam. I wraca. Miało tego nie być. Miałam zapomnieć. Przejść obok. Udawać, że jestem taka kamienna.
Trudno przyznać się do własnych słabości.

Wstaję skoro świt. Mam poranny schemacik – ukochany bym rzekła. Smak pasty do zębów, zapach szamponu, miękkie swetry i wygodne buty. Dzień w pracy, wieczór gdzieś, noc bezpieczna. Nie martwi mnie nic oprócz mojej wewnętrznej samotności. A to małe zmartwienie.

Gdyby nagle mnie zabrakło … ktoś inny … inna kobieta … Nawet nie to, że obok mojego męża…ale, że w moim …… stworzonym przeze mnie świecie …
Moje lustro i jej odbicie, ekspres i kawa, klawiatura płynnie układająca literki.
Bardzo lubię wszystko co mogłam sama stworzyć. Postawić. Ułożyć.

Nie wiem kiedy tak naprawdę podjęłam decyzję o rozstaniu …

firmowo

Nudzimy się. Naprawdę. Od rana. I przychodzą nam do głowy najcięższe głupoty. Wychodzimy w samo południe. Z cudownym postanowieniem upicia się.
W pubie przyjemnie bo pusto. Nawet jeszcze oficjalnie nie jest otwarty.
Zamawiamy butelkę jakiejś ulubionej wódki Rafała. Zamierzamy pić do upadłego. Tak, by wracać do domu szpagatami. Śmiejemy się nieprzytomnie. Z byle czego. Jakbyśmy nie mieli po trzydzieści lat, zmartwień, nieszczęśliwych związków, chorób i lęków. Zły świat jest gdzieś obok. Poza nami.
Nawet moja niechęć do wódki umyka gdzieś daleko.
Czuję się dziwnie. Jakoś tak niebezpiecznie lekko. Atmosfera unosi mnie nad chłodną rzeczywistością.
Tylko dźwięczący telefon przypomina, że na zewnątrz jest coś więcej.
- To z biura – oznajmiam rozbawionemu towarzystwu i odbieram.
- Alicja – znudzony głos Donaty – Przyjechał człowiek z personalnego. Ma twój nowy kontrakt. Musisz wrócić.

Wchodzę do biura w siedmiomilowych butach. Nastrój mam szampański. Odech gorzelny. Ale nie uśmiecham się.
Siadam obok personalnego. Mówi do mnie kilka kurtuazyjnych słów. Podsuwa strony zapisane tłustym drukiem. Dobrze wiem gdzie podpisać.
Potem rozmowa schodzi na jakieś wolne klimaty. Personalny nawet nie dostrzega mojego zaangażowania w uprawianie alkoholizmu w pracy. Ogólnie ma wszystko w dupie. Wypija kawę. Wyjeżdża.

Ja już nie wracam do pubu. Siedzę grzecznie przy swoim biureczku i analizuję słowo po słowie z nowego kontraktu, który daje mi wolność, chleb i niezależność.

zmiany

Sara nauczyła się, że w naszym mieście wszystko można kupić. Od chleba po policjanta. I w ogóle nie brała pod uwagę, że kiedyś nastąpi moment, w którym to się skończy.
- Wiem, że jechałam po trawniku – tłumaczyła mi wściekła – Ale to chyba lepiej. Mogłam potrącić tylko trawę.
Okazało się jednak, że z trawnika wjechała na chodnik. Do tego wszystkiego nie była trzeźwa. Zrobiła małą awanturę policjantom, których nie dało się przekupić. Skończyło się sprawą w sądzie grodzkim. Ktoś życzliwy podpowiedział Sarze by ubrała się zalotnie – tak by faceci decydujący o wysokości kary stracili głowę na jej widok. Niestety zamiast facetów były kobiety, na które obcisła bluzka i minimalne szorty podziałały bardzo źle.
Prawo jazdy zabrane, wysoka grzywna nałożona. Sara załamana.
Do tego wszystkiego po kolejnej awanturze z mężem dobitnie powiedziała mu:
- Idź w chuj.
I poszedł. Zabierając ze sobą karty kredytowe.
W ten oto sposób Sara została sama. I przyjechała do mnie. Pożyczyć parę groszy. Kwota o jaką poprosiła wprawiła mnie w lekkie zdziwienie.
- Nie mam – odpowiedziałam szczerze.
- To idź do banku – rozkazała mi wśród łez.
- Nie mam takich pieniędzy. Nigdzie. Nawet zakopanych w garncu na działce.

Wyszła ode mnie późno. Smutna. Zła.
Pewnie zrobi wszystko by mąż do niej wrócił.
A ja? Ja już żyję w innym świecie. Inni ludzie mnie pochłaniają.
Jednak nie myliłam się zawsze twierdząc, że Sara nigdy nie była bliską mi osobą.

dziesiątego

Magiczny dzień każdego miesiąca. Kurier przynosi około południa dużą białą kopertę nadaną przez firmowe kadry.
Wszyscy czekają, aż zawartość koperty zostanie rozdana. Po chwili każdy trzyma w ręku odcinek z naliczoną wypłatą. Zapada cisza. Następuje analiza. Policzonych nadgodzin, urlopów, prowizji, dodatków.
Po wyczerpującej lekturze nie wszyscy okazują się zadowoleni. Za wszelką cenę pragną porównywać swoje kwoty przelewu z kwotami innych ……
Są jednak tacy, którym kwitki bardzo się podobają. Na ich twarzach maluje się radość, która niezadowolonych potrafi doprowadzić do szału.
Ja swój kwitek przezornie otwieram w domu. Wolę się przed nikim nie afiszować i nie tłumaczyć.
W firmie nawet jeśli kogoś lubisz to i tak w dniu wypłaty może stać się twoim największym wrogiem.

fibroadenoma

Jedno krótkie słówko. Jedno jedyne na małej kartce papieru. Wynik.
Powinnam odetchnąć z ulgą. Pewnie odetchnęłam. Jednak bardzo niezauważalnie. Znów na pierwszy plan wracają stare przyziemne sprawki.
Znów będę gonić za tym, co można zmierzyć. Dotknąć. Mieć.
Choć przez chwilę moje wartości uległy zmianie – teraz bardzo szybko wracają do byłej formy.

Zastanawiam się tylko po co … ten strach i ból? Czy mnie czegoś nauczył? Czy w czymś mi pomógł? Czuję, że nic się we mnie nie zmieniło.