po .. przed ..

Poranek. Zimna izba przyjęć. Zabiegana siostra oddziałowa. Szybkie pobieranie krwi. Biała bardzo biała sala z jednym łóżkiem.
Przysiadłam na nim w oczekiwaniu. Czułam każde istniejące negatywne uczucie. Zupełny brak umiejętności skupienia myśli. Z korytarza dochodziły odgłosy szpitalnego życia. Miasto w mieście. Białe fartuchy. Łyse głowy. Skrzypiące wózki. Niepokojące krzyki.
Tak. Nadszedł moment, w którym przejście na drugą stronę lustra było największym pragnieniem.
Doczekałam w tym dziwnym stanie do chwili, w której pielęgniarka przyszła i zaprosiła mnie na salę operacyjną.
Zeszłyśmy dwa piętra w dół. W dziwnym przedsionku wąsaty pielęgniarz pomógł mi położyć się na wózku i zabrał moje kapcie. Zawiózł na małą, przeraźliwie wyziębioną salę. Tam ….
Jakoś tak wszystko ze mnie opadło. Strach gdzieś uleciał. Było mi wszystko jedno.
Przyszedł mój lekarz. Przedstawił mi drugiego chirurga. Odpowiedzieli na moje pytania. Nawet próbowali rozbawić.
Samego zabiegu nie wspominam dobrze. Znieczulenie potwornie szczypało i rozpychało. Potem okazało się, że cięcie musi być głębsze i znieczulenie jest za płytkie. Zrobiło się nieprzyjemnie. Jednak bólu nie czułam. Może tylko trochę przy szyciu gruczołu.
I wpychaniu drenu pod skórę.
Po wszystkim lekarze podziękowali mi za współpracę. Ja im. I szczególnie instrumentariuszce, która co chwilę podchodziła pogłaskać mnie, szepnąć kilka słów otuchy.
Powrót na salę. Po godzinie przyszedł lekarz i zachęcał mnie do pozostania na noc w szpitalu. Nie zgodziłam się. Obiecałam, że na drugi dzień rano przyjdę na wyjęcie drenu i zmianę opatrunku.
O powrocie do pracy nie było mowy. Prawa ręka jak zablokowana. Przeszywający ból. I potworne zmęczenie.

W domu cisza. Spokój. Sen.

Teraz ból staje się lżejszy. Dren mniej przeszkadza. Tylko czekanie na wynik jest nadal stresujące.

świadomość

Wygadałam się Danielowi. Nie ogólnie, nie z dystansem. Otwarcie. Możliwe, że trochę mi ulżyło. Mi. Daniela natomiast zamurowało.
Milczał, przytulał. I wyszło na to, że on ma problem nie ja.
- Uspokój się – powiedziałam stanowczo.
- Ala, Ala – powtarzał.
- To nie jest wyrok śmierci – uświadamiałam jego nie siebie.
I chyba właśnie tego potrzebowałam. Tłumacząc Danielowi przetłumaczyłam też trochę sobie. Świrnięcie ostatnich dni za bardzo mi ciążyło.
Tyle czasu straciłam na użalanie się, łzy podczas długich, ciemnych nocy i totalną izolację od otoczenia. Znudziło mi się to psychiczne cierpienie. Jakoś wytrzymam do wtorku. W międzyczasie zamierzam zapływać się na basenie do granic fizycznych możliwości. Najem się też komandoskich lodów w „Śniezce”. I przede wszystkim odpuszczę robotę. W ciągu ostatnich dni wykonałam trzysta procent normy. Prawdziwy Bronek Talar czy Gustaw Jeleń…..ze mnie.
Poza tym od firmowego rajdowca dostałam namiar na nocne wyścigi bardzo blisko mojego pustkowia. Nigdy jeszcze się nie ścigałam. Może będzie taka okazja tej nocy.
Rewelacyjny deszcz za oknami. I blask zachodzącego słońca. Naprawdę jest ładnie. Pięknie.

jedynaczka

Forma samotności.
I tęsknota za prawdziwą przyjaźnią – taką, którą łączą również więzy krwi.

panika

Nie poznaję siebie. Strach zmienia mnie każdego dnia. Zero luzu. Totalny stres.
Brak dobrych myśli. Brak chęci.
Tylko w pracy znajduję ukojenie. W pracy … ale obok ludzi. Nie z nimi.
Przestaję dbać o wizerunek. Jeden włos w tą, trzy w tamtą. Mniejsza z tym. Byle po otwarciu oczu wyjść z domu. Uciec. Zamknąć się w świecie liczb. Dodawać, zmieniać, kombinować, upraszczać, zmierzać do rozwiązania. Przesyłać wysokie wyniki.
Nie mogę znieść momentu, w którym czas skończyć. Zgasić sztuczne światło. Pozamykać drzwi. I wracać. Do pustki. Ciszy. Niepokoju.
Nie znam siebie takiej. Nie umiem się odnaleźć.
Wiem jednak, że to przetrwam. Wiem, że wszystko będzie dobrze. Uporam się z tym.
Tylko jeszcze nie teraz.

punkt zapatrzenia

Kiedy człowieka spotyka coś nagłego, nie do końca jasnego próbuje spod ziemi wykopać informacje. Nic tak nie uspokaja jak wiedza o tym z czym przyszło nam się zmierzyć.
I choć o guzkach piersi wrzeszczy się w mediach, to oprócz hasła „badajmy się same” i statystyk umieralności nie ma nic więcej.
Pomija się te informacje, zapomina o nich, przechodzi obok.

Potem jest piękny dzień. Początek sierpnia. Słońce. Wiatr. Zapach ciepłego jeziora. Zrzucam gdzieś w krzakach mokry strój kąpielowy i wtedy, dotykając się zupełnie przypadkowo czuję, że coś się zmieniło.
Guzek jest.

Tydzień myślenia – zniknie.
A jak nie zniknie czy umrę?
Tydzień noszenia w torbie wyniku z usg.
Wizyta u onkologa. I jego uśmiech poprzedzający słowa:
- Mały, miękki, regularny. Włókniaczek.

Odnalazłam na ten temat każdą możliwą informację. Odnalazłam miejsce, w którym na moje pytania dziesiątki ludzi udziela odpowiedzi. Miejsce, w którym banalne historie włókniaczków przeplatają się z prawdziwymi tragediami.
Czy mnie to zmienia? Czy zaczynam patrzeć na świat inaczej? Czy jestem łagodniejsza? Bardziej przystępna?
Nie.

Chęć życia nadal jest taka sama.

rzeczywistość

Mam już wyznaczony termin zabiegu. Ostatni dzień sierpnia. Wczoraj ustalałam z lekarzem szczegóły. Wybrałam znieczulenie miejscowe. Siódma rano. Jeden zastrzyk. Zabieg. I około południa mogę wracać do domu. Właściwie w moim przypadku do pracy.
Przy narkozie musiałabym spędzić w szpitalu trzy dni.
Oczywiście boję się. Nie wiem czy psychicznie wytrzymam. Podobno niektóre kobiety w ostatniej chwili zmieniają decyzję i wybierają znieczulenie ogólne.
Cały czas o tym myślę. Na trzydniowy pobyt w szpitalu nie mogę sobie pozwolić. Na środki uspokajające przy znieczuleniu miejscowym również nie ponieważ od razu chcę wyjść ze szpitala i mieć pełną świadomość.
Czeka mnie więc dość ciekawe i stresujące doświadczenie.
Najważniejsze jednak, że prawdopodobna diagnoza jest bardzo pomyślna.
Od dwóch tygodni zmagam się z myślami. I jeszcze dwa będę się zmagać ze strachem przed zabiegiem. Potem zaczekam na wyniki i mam nadzieję, że bardzo się będę cieszyć z wygranej.

po prostu

Robert Kasprzycki – kay i gerda

Zapomniałem o tobie już dawno
zapomniałem o tobie już wczoraj
to co było przedwczoraj rozpadło się
nie pamiętam ni jednego wieczoru

Szatan rozbił swe zimne zwierciadło
i szkła pyłek wpadł w oko i serce
zapomniałem o tobie już dawno
zapomniałem o tobie nic więcej

Zapomniałem o tobie na zawsze
zawsze znaczy dziś wczoraj i jutro
przecież wiesz że cię nigdy nie znałem
wybacz mi ale nie jest mi smutno

Uśmiech zastygł na twarzy zbielałej
umarł dzień nie doczekał wieczoru
nie wiem już czemu cię zapomniałem
może to przez ten grymas w mym oku

ciągle zima
tylko zima
wieczna zima

chłód

zawieszenie

Otacza mnie mnóstwo spraw, na przebieg których nie mam żadnego wpływu. Wszystkie czekają na jakieś terminy. W kalendarzu zbiór dat. Te najpilniejsze mają najpóźniejszy czas realizacji.
Chciałabym już, teraz, natychmiast poznać rozwiązania.
Potrzebuję pozamykać pewne etapy. Poczuć spokój. Uwolnić się od stresu, który związany jest z oczekiwaniem.
Naprawdę bardzo dużo zależy w życiu człowieka od czasu. A on przekornie albo ucieka przez palce albo dłuży się w nieskonczoność.

przesądna baba i kobieta XXI wieku

Trzy noce. Trzy sny. W pierwszym noszenie czarnych butów. W drugim noszenie czarnych pończoch. W trzecim dwa karawany.
Zajrzałam do wszystkich możliwych senników. Znaczenie tych snów jest bardzo jednoznaczne.
Wierzę w moje sny.
Przed dostaniem pracy śniłam o niesamowicie czystym, lazurowym wodospadzie. Przed pierwszą wypłatą w moim śnie pływała ryba. Przed każdą kłótnią widziałam we śnie brudną wodę.
Nauczyłam się już rozpoznawać co oznacza każdy z moich snów. Jednak trzy ostatnie odbierają mi pozytywne myślenie.
Jeśli jest ktoś – kto śnił podobnie i nadal cieszy się dobrym zdrowiem niech mi o tym powie.

pismo

Spotykam czasem ludzi, którzy wyjątkowo działają mi na nerwy. I jeśli muszę się z nimi kontaktować – staram się to robić w jak najmniejszym stopniu.
Marka widuję tylko wtedy gdy jeżdżę do Wrocławia. Jest tam serwisantem sieci.
Oprócz dbania o sprzęt komputerowy zajmuje się wyjątkowo nudnym i banalnym filozofowaniem. Zawsze mnie wybiera sobie na słuchacza. Męczy głupimi tekstami. Na każde jedno moje zdanie ma tysiąc swoich. Przy tym dziwnie się ślini. Łasi jak pies. Marudnie próbuje pokazać swoją wyższość. Drażni mnie niesamowicie. Wreszcie nadchodzi dzień, w którym już mi się nie chce udawać miłej i dobrze wychowanej Alicji. Mówię mu trzy średnio miłe słówka i pozostawiam w totalnej konsternacji.
Na drugi dzień odbieram maila informującego, że wpłynęła na mnie skarga do dyrektora personalnego.
Polityka firmy jest taka, że nie wolno walczyć ze sobą oficjalnie. Na pokaz trzeba być miłym i uczynnym. Poza firmą można się pozabijać.
Nie wiem jak wygląda procedura w przypadku takiej skargi. Czekam na reakcję dyrektora personalnego.
I wcale nie żałuję, że powiedziałam Markowi jakim jest odrażającym i nudnym pajacem.
Ja naprawdę bardzo lubię szczerość.