sprzedane

Dawniej na każdą propozycję napisania jakiegoś tekstu reagowałam bardzo entuzjastycznie. Od razu brałam się do pracy zapominając o świecie.
A dziś na telefon z zaprzyjaźnionego celinu zareagowałam flegmatycznie.
I zwyczajnie odmówiłam.
Nawet już nie chodzi o to, że im. Sobie odmówiłam przyjemności. Przyjemności, której nagle przestałam potrzebować.
Możliwe, że to wynika z przepracowania i braku czasu.
Niby bez większych emocji zakończyłam ten etap mojego życia … a jednak jakaś refleksja …. nachodzi moje uśpione sumienie.
Tak się człowiek stara o zwycięstwo pasji nad zwykłością życia.
Powiedziałam o tym mojemu mężowi. On odparł, że gdybym sprzedawała kurczaki lub pracowała fizycznie w fabryce dokonanie podobnego wyboru nie byłoby tak szybkie. Zresztą zdecydowanie woli mnie w domu.
Gdyby się temu lepiej przyjrzeć to pewnie i ja chciałabym mieć gosposię. Taką co posprząta, wypierze i sreber nie podprowadzi.
W każdym razie etap kury domowej zamknięty. Do odwołania.

poszukiwanie

Każdy proces należy uruchomić. Potem dać mu czas na przetwarzanie. I wreszcie zobaczyć skutek zwany powodzeniem.
W przypadku uczuć proces uruchamia się sam. Przetwarzanie odbywa się w bardzo różny sposób. A skutek niestety nie bywa zawsze powodzeniem.
Jesteśmy uzależnieni od tego procesu. Wszystko, co robimy w życiu daje lepsze efekty gdy jesteśmy kochani, przytulani i czujemy pozytywne wsparcie.
No dobra… a teraz czas na jego brak. Nie ma miłości i za cholerę nie można jej złapać. Jakże to popularny scenariusz.
Te idiotyczne samotne weekendy przed telewizorem lub w sieci. Poniedziałki, budzące odrazę i niechęć. Kolejne samotne zakupy. Koszmar słuchania o ekscytujących przeżyciach znajomych.
Tęsknota za fizycznością. Dotykiem, pocałunkami i seksem. Męczy!
Na tym polu nasz genialny gatunek w ogóle nie potrafi sobie poradzić. Nie ma pastylki na przypływ uczuć. Nie ma sposobu na prawdziwą miłość. Zostaje tylko kurewska frustracja i przewlekłe onanizowanie.

stres i zmęczenie

Nie opuszczają mnie. Stanowią większą część dnia i bezsenne noce.
Ciągle chcę by było lepiej. Nie umiem odpuścić. Nie umiem wyluzować.
Generuje się we mnie olbrzymie napięcie.
Najchętniej nie wychodziłabym z pracy.
Tam godziny zamieniają się w sekundy. Nie czuję. Nie myślę. Nie rozważam. Nie użalam się.
To jednak nie jest sposób. Wiem.

dżungla

Tak nazywają firmę jej wierni pracownicy. Wiedzą dobrze, że by się utrzymać trzeba walczyć. Z obcymi. I ze sobą. O klientów, dużą sprzedaż, lepszą promocję, ciekawszych ludzi.
Przyglądam się temu każdego dnia jakby za szyby. Jeszcze mnie to nie dotyczy. Jeszcze potrafię się szczerze uśmiechać i naturalnie złościć.
Dzisiaj przygotwałam swoją pierwszą samodzielną akcję. Na jutro. Walczyłam prawie dziesięć godzin. Ogarnąć wszystko, zrozumieć i poczuć to … choć gdzieś w głębi marzyło się o czymś innym. Zawsze myślałam, że pochłonie mnie świat liter. Słowa, które tak lubię. Historie opowiadane jednym tchem.
Tymczasem … los dał szansę sprawdzić się w tym – czym zawsze gardziłam.
I cholera! sprawdzam się.
Tak jakoś przekornie układa mi się droga. Moje wcześniejsze manifesty toną w rzeczce banalnej.
Mam jednak wielkie pragnienie z głębi serca. Bardzo, ale to bardzo nie chciałabym stracić szacunku dla ludzi. I dla siebie samej. Nie zgubić tego, co najcenniejsze w tym podniecającym biegu po sukces.

wolny dzień

Dziwnie to brzmi. Jeszcze kilka tygodni temu wszystkie dni były wolne. Teraz jest inaczej. Jednak cudownie. Schemat porannego wstawania, pośpiechu, codziennych ważnych spraw i spotkań z ludźmi bardzo mi odpowiada.
Jest we mnie więcej życia. To jakby obudzić drzemiący strumyk, który wypoczął i sił ma tyle by stać się bystrym, rwącym potokiem.
….ale to obok….tematu
Wolny dzień to przede wszystkim wizyta u fryzjera. Nie jakiegoś tam super niesamowitego mistrza nożyczek. Zwykły zakład ze zwykłą panią. Precyzyjnie, tanio i rewelacyjnie. Nigdy nie miałam takich krótkich włosów. Czuję się dziwnie. Potrząsam głową a włosy smagają moje policzki. Kończą się tuż za uchem. Moda na taką fryzurkę już dawno przeminęła a jednak ….jestem zadowolona.
Poza fryzjerem odwiedziłam kilka ulubionych sklepów, do których czas ostatnio pozamykał mi drzwi.
Dzień umknął niemalże przez palce.
Noc już. A ja nie chcę spać.

nocą

Tak cichutko. Prawie na palcach. Szłam do kuchni. Ciemna przestrzeń rozbłysła kilkoma czerwonymi diodkami jarzącymi się przy kuchence. I te małe światełka wystarczyły by zobaczyć jego twarz. Tak zamyśloną, odległą.
- Dlaczego nie śpisz? – zapytałam szeptem.
- Alicja? – w jego głosie zadźwięczało zdziwienie. Przecież nikt inny nie mógł się znajdować nocą w naszej kuchni.
- Coś się stało? – usiadłam obok niego przy stole.
- Nie – krótka odpowiedź. Jedyna jakiej mogłam się spodziewać.
I bardzo nieprawdziwa.
- A ty dlaczego nie śpisz? – odsunął od siebie szklankę z wodą – Za gorąco?
- Chciałam zjeść kilka czereśni.
Uśmiechnął się leciutko. Niedostrzegalnie.
W środku nocy każde z nas znalazło inny powód by nie spać.
Wstał. Bez słowa. Wyszedł. Potem do świtu oglądał telewizję.
Ja wróciłam do swojego pokoju. I jak każdej nocy moje ramiona otuliła miękka pościel choć wcale tego nie chciałam.

miętowa sobota

Sara wróciła z Dominikany w fatalnym stanie. Już w samolocie zatrucie dało ostro znać o sobie. W drodze z Poznania taksówkarz zatrzymywał się co kilkanaście minut i pomagał jej pozbyć się nadmiaru dziwnych toksyn z organizmu.
Od razu po powrocie do miasta zatelefonowała do mnie.
- Alka, zaopiekuj się mną. Dom pusty.
Nie wiem na czym polega przewaga potrzeb Sary nad moimi. Obiecałam sobie, że cały wolny weekend nie dotknę kierownicy. Nawet nie spojrzę na auto.
Miałam szlachetny plan umycia oknien i wyprania firan. W międzyczasie ściagałam sobie film, który wczesnym wieczorem miał mi dać odprężenie i dobrą zabawę przy szklance mojej ulubionej kadarki.
Tymczasem pojechałam pielęgnować Sarę.
Rzeczywiście nie wyglądała dobrze.
Tak naprawdę trochę się bałam, że może przywlokła ze sobą jakąś malarię albo inne nieuleczalne świństwo. Dlatego zawiozłam ją na pogotowie.
Na szczęście (choć dziwnie to zabrzmi) okazało sie, że Sarka zatruła się polską kiełbasą, którą poczęstowali ją rodacy na dzień przed odlotem do kraju.
Lekarz przepisał jakieś proste lekarstwa na zatrucie. W domu zaparzyłam Sarze miętę i posiedziałam z nią kilka godzin. Prawie cały ten czas przespała.
Po powrocie do siebie nadrobiłam zaległości z oknami i firankami. Film się ściągnął więc spokojnie sobie obejrzałam.
A niedziela jest tylko dla mnie. Obiad już zaplanowany. Po nim rower. I jezioro. Na dwudziestą idziemy z tatą do kościoła. Spokojna, cicha msza.
Wcześnie położę się spać. Tak, by mieć sił dużo na nowy tydzień, który znów będzie dla mnie wyzwaniem.

emoticons w klatce

W życiu przydaje się umiejętność zaprzyjaźnienia z samym sobą i zaakceptowania siebie.
Łatwo spotkać ludzi, którzy wstydzą się własnych fascynacji wpychając je do wora ze słabościami.
Staram się nigdy nie ukrywać swoich pasji, zainteresowań i przekonań.
Jeśli coś lubię to po prostu to lubię i już. Jeśli w coś wierzę … nigdy się tego nie wypieram.
Świat, trendy, nicość emocjonalna zaczynają wywierać na nas presję. To wolno, to wypada, to należy.
Prawdziwy człowiek to on sam. Nie oblicze, jakie musi przedstawić otoczeniu.
Laleczki, pacynki, sztuczne ludki nakręcone przez machinę zagrażają normalności, odwadze i szczerości w czystej postaci. Oto aktorzy dzisiejszego świata.
I tylko oni wiedzą jak dopasowanie do współczesnych wymogów i nałogów się opłaca.

A mnie się marzy inny teatr. Inne życie. Tak już odległe i tak zapomniane, że powrót do niego staje się coraz mniej realny.
Wciąga mnie wir. Już prawie jestem gotowa by zagrać. Nie o siebie …. … nie dla siebie ….
dla kolejnego kosza pełnego zakupów.

zakochana melodia

Tak brzmiał tytuł pierwszego filmu erotycznego, który widziałam w swoim życiu. Miałam wtedy piętnaście lat i byłam na wakacjach w Wałbrzychu.
Zapamiętałam sobie film, zakochaną Melodię i klimat. Delikatny. Choć jeszcze wtedy nie mogłam wiedzieć na czym polega prawdziwa miłość…jednak bardzo mi się spodobało ciepłe uczucie jakim obdarzyli się bohaterowie.
I zatęskniłam dziś za tym.
Chłodny, mokry poranek. Zamiast kawy zimowa herbatka owocowa z cytryną.
Oczko w ulubionych pończochach. I niesforne włosy, które chyba zetnę by nie tracić każdego ranka czasu na ich układanie.
Za kilka minut wyjdę z domu. Ten sam schemacik. Te same twarze. Uśpione zmysły.
Czego potrzeba kobiecie by naprawdę poczuła się szczęśliwa…………..

priorytety

Tego trzeba się nauczyć. W moim nowym świecie. Doskonałość. Wszystko według ustalonych z góry sztywnych zasad.
Szablon, z którego raz wystaje mi noga, raz ręka…..a najczęściej głowa.
Docenić potrafię szeroką kładkę rozciągniętą nad przepaścią. Tym łatwiej, że teraz tej kładki nie widzę. Zdaję się tylko na intuicję. I w ciemnościach niemal idę do przodu. Za nic się nie cofnę.
Coraz mniej myśli. Takich prawdziwych. Prymitywizm mnie ogólnie ogarnia. Zjeść, wyspać się i iść do roboty. Nie ma czasu by rozważać, analizować i zastanawiać się.
Nie ma nawet czasu by zaprawić pyszne, lipcowe ogórki małosolne.