w trosce o lepsze samopoczucie

Spodnie rewelacja. Iwona w spodniach też. Olka jej mówi:
- Naprawdę ok.
A ona Olce:
- No co ty? Wyglądam okropnie.
Pytam:
- Dlaczego się tak ubrałaś?
I tu następuje obraza majestatu.

Ja – mega nieskromna dziewczyna kiedy mam na sobie coś ładnego i wiem, że ładnie w tym wyglądam to się od ucha do ucha uśmiecham i za spostrzeżenia dotyczące mojej ładności uśmiechem odpłacam.

Jestem zdecydowaną przeciwniczką fałszywej skromności. Mówienia, że jest źle gdy wcale tak nie jest. Wiecznego sapania i stękania jak by się szło pod wiatr gdy tak naprawdę idzie się w orzeźwiającym wietrzyku.
Zadowolenie z życia przynoszą chwile, które docenić potrafimy. I gdy w dobrym nie szukamy na siłę lepszego.

antropomorfizm

Pewnych posiadanych umiejętności nie pielęgnowałam od dawna.
Na przykład szydełkowanie. Zapomniałam, że potrafię.
Robiąc wiosenne porządki znalazłam zaginiony bez wieści beżowy kordonek.
- Tak się tutaj bezużytecznie marnujesz – przemówiłam do niego ludzkim głosem i wyjęłam z drewnianego pudełka na nici.
Chwilę potem siedziałam już wygodnie na krzesełku. Okulary na nosie. Szydełko w ręku. Zaczęłam. Trochę koślawie na początek. Jednak im więcej pętelek i przeplatanek tym jaśniejszy obraz wykonywanej robótki.
- Będziesz serwetą – oznajmiłam wijącemu się kordonkowi. Ucieszył się. Nawet bardzo.

poukładałam sobie w głowie

Deszcz padał, zmrok nadchodził a my jak szaleńcy siedzieliśmy na rozkładanych krzesełkach tuż przy brzegu. Tak naprawdę nie łowiliśmy już ryb. Wędki sobie, słowa sobie, wiatr tylko ogarniał wszystko. Prawie bez rozmów. Zasłuchani w leśną ciszę. Ten wyjazd miał nam dać ukojenie. Każde z nas potrzebowało takich własnie chwil.
Przemoknięci i zmarznięci postanowiliśmy schronić się w drewnianym domku.
Ogrzewanie, pepsi i kanapki. Po kolacji rozłożylismy wersalkę przykrytą kocykiem w czerwoną kratkę i leżąc
gapilismy się w delikatnie migające kolorowe światełka radia. Nawet
specjalnie nie chciało nam się rozmawiać. Takie bycie ze sobą obok siebie.
Potem noc. Dość przerażająca ciemnością i dziwnymi odgłosami.
- Boisz się – Daniel przytulił mnie do siebie mocno. Tak nie przytulał mnie
od dawna.
- Boję – powiedziałam chowając twarz w jego miękkiej bluzie.
- Kiedy ty tak dorosłaś, Ala? – zapytał głaskając moje włosy.
- No co ty? – zaśmiałam się – Mam już trzydzieści lat, to chyba
wystarczający czas.
- Ja chyba zawsze będę cię pamietał dużo spokojniejszą, milszą.
Przysunął swoją twarz do mojej i spróbował mnie pocałować.
Na jedną króciutką chwilę uległam emocjom. Poczułam dreszcz, ciepło i
dziwne uczucie pragnienia nagłej czułości. Jednak w porę odwróciłam głowę.
Jego usta wtopiły się w moje włosy.
- Dlaczego? – zapytał.
- Ja nie zdradzam – odpowiedziałam siadając.
- Ty? A on? Wiesz ile razy on zdradził ciebie!
- Ja nie zdradzam siebie.
- Te twoje zasady – w jego głosie zabrzmiała kpina. Zdenerwował mnie tym.
- Nie możesz odpuścić? – zapytałam z żalem w głosie.
- Jak mam się zachowywać kiedy leżysz tu obok mnie i tak pachniesz, tak się
uśmiechasz. Nie chcę.
Przymknęłam oczy. Znów pomyślałam, że tak dobrze by było utonąć w jego
ramionach i zaspokoić wszystkie swoje pragnienia. Poczuć ciepło jego dotyku.
Obudzić zmysły.
Tylko co potem. Jak spojrzeć na siebie po wszystkim.
Jednak brak mi umiejętności komunikowania się z ludzmi. Mój przekaz trafia w próżnię.
Chciałam odpocząć, odreagować, zregenerować siły. Następnym razem pojadę sama. I zaoszczędzę wszystkim niepotrzebnego stresu.

kanapka z rethinolem

Poranne analizy zabijają mnie. Jednak z uporem maniaczki oceniam w świetle trzech halogenów stan liczebny nieistniejących jeszcze zmarszczek. Dzień po dniu.
Jakaś zimna paranoja. Nie wiem co zrobię jak już pierwszą konkretną zmarszczkę zobaczę. Pewnie stracę przytomność.
Świrnięcie na punkcie zatrzymania młodości ogarnęło mnie chyba w zeszłym roku. Buchnęło ogniem paląc zdrowe podejście do sprawy.
Nie wierzę w pierdoły typu „mamy tyle lat na ile się czujemy” lub „ja całe życie używałam kremów dla dzieci i świetnie wyglądam”.
Nawet nie biorę pod uwagę, że kiedyś włos mi posiwieje, oko się zapadnie a usta wyblakną. Teraz.
Co przyniesie przyszłość – nie wiem.
Możliwe, że zmienię poglądy. Zacznę się kochać w dojrzałości bijącej z mojej trzydziestoletniej twarzy.
I chyba bym tego chciała. Zaakceptować i pogodzić się z upływającym czasem.
Jednak póki co walczę.

praca

Sztab fachowców, który pół roku szukał idealnej kandydatki na stanowisko asystentki Daniela nie przewidział chyba, że w ludziach płynie krew.
Idealny Daniel okazał się bezduszny w swej doskonałości.
Justynę zwolnił za brak asertywności choć tak zabiegał o tę cechę u potencjalnego pracownika.
- Potrafiła przepłakać pół dnia – tłumaczył mi.
- Dlaczego? – pytałam naiwnie.
- Niezaradna bardzo była.
No cóż.
Teraz Daniel ma asystenta. Przyjętego na staż studenta informatyki. Podobno z marszu chłopak dostał tę pracę.
Dostosował się rewelacyjnie. Ze wszystkim sobie radzi. Daniel wyraża zadowolenie. Zobaczymy jak długo ich wspólna sielanka potrwa.
Może jestem z innej bajki, mniej współczesnej. Mnie takie manipulacje zniechęcają.

cieniutką nitką szyte

Bardzo piękna kobieta, która na codzień jest krawcową w potrzebnym momencie przemienia się we wróżkę.
Na zapleczu jej zakładu jest kwadratowy pokoik, w którym odbywają się seanse science-fiction.
Oczywiście klimacik zachęca – miekkie materiały poupinane na ścianach, ciemne zasłonki w małym okienku, migające światełka lampionów i zapach opiumowych kadzidełek.
Ogólnie można się nabrać. I zaczadzić przy dłuższej posiadówce.
Ja przeżyłam. I poznałam swoją przyszłość. Czytaną z kart.
Będzie dobrze.

ławka

Na ławce przed blokiem kwitło życie towarzyskie. Po prostu komunikator minionej epoki.
Blisko domu, z widokiem na parking (wtedy tatusiowie podjeżdżali fiacikami, skodami i czasem polonezami;). Dookoła dywan usłany z łusek po słoneczniku lub dyni.
Handlowaliśmy tam puszkami po coli, butelkami po zagranicznych alkoholach, opakowaniami po enerdowskiej czekoladzie, ćwiekami, szklanymi kulkami i plakatami z Sabriną lub Depeche Mode.
Czasem ktoś przynosił Kasprzaka i słuchaliśmy w upalne wieczory sprawozdań sportowych lub trójkowej listy przebojów.
Niekiedy pod osłoną nocy dochodziło do intymnych zbliżeń łączących usta i dłonie.
Po których jednynym śladem było wyryte na blacie ławki X + Y = WMBK .
To własnie z tej ławki krzyczałam :
- Tato, tato! Rzuć mi gumę do skakania.
Czasem stanowiła blok startowy przed godziną dwudziestą, o której rozpoczynał się czwartkowy odcinek serialu „Policjanci z Miami”.
Od tak dawna
mijałam tę ławkę bez większego sentymentu. Obsiadywały ją nadal … koleje pokolenia.
Normalna sprawa.
Jednak idąc ostatnio do taty zobaczyłam, że ławki już nie ma.
Na jej miejscu zasiana trawa i tabliczka z napisem „nie deptać”.

działając z ramienia KAW

Ponieważ od dwóch dni jestem sama w domu mogę sobie pozwolić na totalny brak kulinarnego szaleństwa . Dietetyczna cola i sałata – moje ulubione, trzymające przy życiu towarzystwo.
Do tego Alistair MacLean. Znów wpadłam w sieć zauroczenia. Filip, bohater czytanej przeze mnie opowiastki stanowi dla mnie cel nieuchwytny, stąd pewnie tak pochłaniający.
Działanie na moją wyobraźnię ma nie tylko w kierunku romantyczno – obyczajowym. Inspiruje również do szalonych sensacyjnych dziwactw nasuwając pytania typu :
- kto w miniony wtorek ukradł alusy sąsiadowi z ósemki i w jakim celu to zrobił?
Mogłabym się tą sprawą zainteresować a nawet spróbować ją wyjasnić.
Mam w domu stare czarne spodnie, dość obcisłą ciemną koszulkę i rekawiczki z lateksu. Lupy nie mam, ale zastąpię ją szkolnym mikroskopem.
Na głowę czapeczka z daszkiem, na nos ciemne okulary. W ten sposób zamierzam nie wyrózniać się z tłumu.
Przydałby się jeszcze jakiś colt albo peacemaker, ale zadowlę się dezodorantem. W sumie przypomina lufę … a w razie czego napisikam napastnikowi w oczy.
Moim wspólnikiem zostanie oczywiście Filip. Umięśniony, czarujący i bystry kociak z bardzo angielskim akcentem. Mam nadzieję na burzliwą, pełną szalonych emocji współpracę.
Będziemy szukać złoczyńców, wpadać na tropy nowych spraw i oczywiście namiętnie się całować w ciemnych zakamarkach miasta.

Nie, ja się nie nudzę … taka milutka sobota ….

w drodze po szczupłą talię

Odkąd jestem na diecie trudno nazwać mnie komunikatywnym człowiekiem.
Głodna. Niespokojna. Rozkojarzona.
Przetrwam. Ja na pewno. Tylko otocznie (niesieciowe) może się już do mnie nigdy nie uśmiechać.