„…lunatycy otaczają mnie…”

Budzę się kilka minut po północy. Ciemno, zimno, naprawdę źle. I tak cicho. Wszystko dookoła śpi.
Wstaję z łóżka, łyk wody i prosta droga do netowego świata. Tam nie jest spokojnie. Ludzie chodzą różnymi drogami. W różnych kierunkach. Czat w moim mieście. Osiemdziesiąt pięć osób. Loguję się.
Włączam muzykę. Znów łyk wody. I otwiera się okno. Prosty, nieskomplikowany dialog. Kilka słów na przywitanie, kilka na temat uroków bezsenności, ale żadnych idiotycznych pytań o stringi. Płynna, spójna rozmowa pełna znaków interpunkcyjnych i poprawnej ortografii. Nawet się uśmiecham. I nagle pytanie czy chcę się spotkać. Nigdy, przenigdy tego nie robię. Znam ludzi od miesięcy, bardzo ich lubię ale nie włączam do realnego świata. Jednak odpowiadam: tak.
Ubieram białą bieliznę, sztruksowe spodnie i polar. Dokumenty do kieszeni, kluczyki do ręki. Parking przeraża zamgloną ciemnością. Szybciutko wsiadam do auta. Kilka chwil i wyjeżdżam… Puste miasto. Jadę spokojnie, deszcz siąpi, snieg topnieje. W mojej głowie brak myśli.